piątek, 18 października 2013

#3 Marcel cz.2

cz.1

              Chłopak był punktualny. Dokładnie o czternastej zapukał do moich drzwi. Otworzyłam mu z kanapką w ręce. Nie zdążyłam jej zjeść. Zaprosiłam go do środka i szybko udałam się do kuchni odłożyć to co miałam w dłoni.
-Chcesz soku.?
-Mo- można jabłkowy.?
Nalałam mu, jak i sobie soku i szybko ruszyliśmy na górę. Moi rodzice byli właśnie na imieninach mojej znienawidzonej cioci. Ja zostałam z powodu „korepetycji”. Wkręciłam im jakiś kit o słabych ocenach i że chcę się zmienić. Zgodzili się bym została.
            Wskazałam Marcelowi na łóżko, na którym miał usiąść. Wyjęłam książki i usiadłam obok niego. On znów był jakiś spięty. Nie to co wczoraj. To dziwne jak szybko się zmienia.
-Ł-ładnie tu masz –zająknął się
-Dziękuję. –zdziwiło mnie to, że znów jest zestresowany. –To, na której stronie otworzyć.?
-143.
Otworzyłam książkę na wskazanej stronie. Było coś o opuszczaniu nawiasów. Nawet łatwe. Trzeba było się tylko skupić. To przysporzyło mi trochę kłopotów. Nie rozumiałam co się dzieje z Marcelem. Wczoraj jakoś było dobrze, ale to Marcel on uważa za przestępstwo dzielenie przez zero. Prędzej dobrze mi się z nim rozmawiało. Zauważyłam, że nie jest taki sztywny jak w szkolę, jest zabawny.\, a dziś. Znów ten kujon z pierwszej ławki, który trzęsie się na widok dziewczyny. Skończyliśmy zadania, a chłopak zaczął się zbierać.
-Idziesz już.?
-T-tak, skończyliśmy już, pra-prawda.?
-No tak, ale co ci się stało.?
-Nic. –odpowiedział wzruszając ramionami.
-Wczoraj byłeś jakiś inny. –zmarszczyłam brwi jakby to miało mi pomóc znaleźć prawdę –Taki bardziej wyluzowany.
-J-ja.?
-Nie twój długopis. –prychnęłam –Jasne, że ty.
            Marcel znów wzruszył tylko ramionami. Boże, miałam ochotę go w tej chwili ukatrupić. Doprowadzał mnie do szału. Opadłam zrezygnowana na łóżko. Nie wierzyłam, ze ktokolwiek doprowadzi mnie do szału samym nic nie robieniem.
-Przepraszam. –powiedział jakby zrobił coś złego.
-Za co.?
Powtórzył ruch rękoma i stał tak nad mną. Co za idiota. Wstałam z łóżka i zeszłam na dół. Marcel podążył za mną. Skierowałam się do kuchni, a ten zaczął ubierać buty.
-Słuchaj, moja mama zrobiła babeczki. Może chcesz.?
-Chętnie. –odpowiedział niepewnie.
Chłopak musiał ponownie ściągać buty, a ja podałam mu jedną z bananowych babeczek mojej mamy. Usiadłam na krześle i wskazałam mu miejsce obok. W ciszy jedliśmy swoje babeczki. Marcel cały wysmarował się różowym lukrem przez co wyglądał jak pięciolatek. Nie mogłam nie zareagować. Cichy śmiech wyrwał się z moich ust.
-Co się stało.? –spytał zdezorientowany.
Chwyciłam jedną chusteczkę, która leżała w opakowaniu na blacie i wytarłam mu usta jak i nos, który też miał upaćkane w lukrze.
-Jak dziecko. –pokręciłam głową ocierając mu jeszcze policzek.
Marcel posłał mi jeden z najpiękniejszy uśmiechów, jakie widziałam. Szczerze, nigdy nie przypuszczałam, że on tak umie. Gdybym stała to na pewno bym się przewróciła, bo nogi miałam jak z waty.
            Z resztą teraz zauważyłam, że nie tylko uśmiech miał piękny. W policzkach pojawiły się dwa dołeczki. Były urocze jak mały kotek, który bawi się z kaczuszką. Przepraszam, ale tylko takie porównanie mi pasuje. A jego oczy.? Mogłaby patrzeć w nie całymi dniami. Był idealny… Zaraz, zaraz. Marcel.?! Idealny.?! Chyba tylko dla swojej komputerowej dziewczyny. Przedobrzyłam. Mama musiał wrzucić coś do tych babeczek. Nie mogłam zaakceptować faktu, że prędzej nawet nie zwróciłam na to wszystko uwagi. Szybko odwróciłam wzrok, nie chcąc by chłopak zauważył, że się na niego bezczelnie gapie.
-Mogę jeszcze jedną.?
-Tak, oczywiście.
Podałam mu kolejne słodkie ciastko, a ten rzucił się na nie jak wygłodniałe zwierze. Mama nareszcie będzie szczęśliwa. Zawsze chciała by ją ktoś docenił kulinarnie, a teraz będzie miała Marcela. Będzie tu przychodził i próbował wszystkiego co ugotuje. Ugryzłam kawałek i rozbawiona patrzyłam jak Marcel zajada się swoją. Mi została jeszcze połowa, a on już skończył.
-Dasz mi…
-Kolejną.?- przerwałam mu uśmiechnięta.
-Chusteczkę, ale babeczkę też możesz dać.
            Jak on to robi.? Tyle jeść, ale nadal jest chudy. Chłopak pochłoną kolejną babeczkę i oparł się o krzesło. Zamknął oczy i zaczął mruczeć coś pod nosem. Jego błoga mina rozwaliła mnie do końca.
-Widzisz, to nie było takie trudne. –przejechałam mu kilka razy po brzuchu.
-Ale co.?
-No od stresować się.
Była dopiero szesnasta, więc mieliśmy sporo czasu. Włączyłam jakiś film i razem usiedliśmy na sofię. Znów zrobił się jakiś skrępowany, jednak z moją pomocą szybko się wyluzował. Musiałam rozłożyć go na sofię, bo sam by sobie chyba nie poradził. Położyłam mu jedną rękę na oparcie, drugą na jego tors, a głowę na poduszce. Wszystko byłoby idealnie gdyby on nie ześlizgnął się z sofy, kręcąc się i szukając dobrego i wygodnego miejsca na swój tyłek. Pociągnął mnie za sobą i oboje upadliśmy na ziemię. Dobrze, ze odsunęłam prędzej szklaną ławę, bo było by nieciekawie.
            Tak jak wczoraj, Marcel był uczynny i zamortyzował upadek swoim ciałem. Przewróciłam się prosto na niego uderzając głową w jego tors. Pomimo tego, że noc nieźle mnie bolał, bo chłopak miał jakiś łańcuszek to nie mogłam przestać się z niego śmiać. Większej łamagi w życiu nie widziałam.
-To wszystko twoja wina.
-Moja.?! To ty wymyślałaś mi jakieś śmieszne pozy.
-Ale to by się nie stało gdybyś tyłkiem nie kręcił.
Zaczęliśmy obwiniać siebie nawzajem. Oczywiście Marcel, jako mężczyzna przyjął winę na siebie.
            Schowałam głowę z zagłębieniu jego szyi i próbowałam unormować oddech. Od śmiania się z niego prawię się udusiłam. Przyznam, że było to całkiem miłe. Marcel używał jakiegoś świetnych perfum. Nie mogłam odciągnąć się od zaciągania się nim.
-Ładnie pachniesz. –oznajmiłam zgodnie z prawdą.
-Ty też.
-Dziękuje.
Uniosłam się trochę i poprawiłam mu okulary, które podczas naszego małego „wypadku” przesunęły się trochę. Przekonałam się do niego. Jak na kujona jest fajny. Gdybym nie była w szkolnej elicie mogłabym się w nim zakochać. To było trochę głupie, bo Marcel był świetnym chłopakiem, a przez to, że w szkole każdy zna moje imię nie mogłam pokazać nikomu, że go polubiłam. Cóż taka jest cena za popularność.
-Masz ładne oczy, wiesz.? Jak kotek. –uśmiechnęłam się do niego i zdjęłam mu jego okulary.
Tak wyglądał o wiele lepiej. Bez tych grubych szkieł. Czasami zdawało mi się, że dzięki nim odizolowuje się od świata.
            Jego policzki pokryły się szkarłatnym rumieńcem, to było słodkie. Zrobił się czerwony, a w jego oczach zaczęły tańczyć iskierki szczęścia. Był uroczy jak… jak Marcel. Nie umiałam tego inaczej określić. Potarłam swoim noskiem o jego, a ten szeroko się uśmiechnął. Jego twarz był niebezpiecznie blisko mojej. Czułam jego gorący oddech na sobie. Marcel przybliżył swoje usta bliżej moich. Nieśmiało musnął je, a ja nieźle zdziwiłam się na ten gest.
            Kiedyś ktoś mówił mi, że m się podobam, ale nie brałam tego pod uwagę. Po co.? Kujonem się we mnie bujał, a ja miałam jeszcze drążyć sprawę. Wydawało mi się to głupie, myślałam, że to kolejny żart z ich strony, ale teraz widzę, że to prawda. Przecież gdyby nic do mnie nie czuł to nie odważyłby się na taki gest. Sama z resztą nie rozumiałam co się ze mną stało. Pozwoliłam mu się całować, a przecież to Marcel.! Ten kujon, którego w pierwszej klasie moczyli w szkolnej toalecie.
            Najwyraźniej podobało mi się i to bardzo. Nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Oddałam pieszczotę, moje ręce powędrowały gdzieś na jego rozgrzany policzek. Pogłębiłam pocałunek. Rozchyliłam usta, pozwalając tym samym wtargnąć mu do środka. To było tak niepoprawnie uroczę, przyjemne, cudowne… nie wiem jak to ująć. Odsunęliśmy się od siebie dopiero po jakiejś dłuższej chwili. Chłopak podniósł się z podłogi, musiałam zrobić to samo. Widziałam jaki był zmieszany. Ja sama nie wiedziałam co mam zrobić. Chłopak natychmiast wybiegł z domu, pozostawiając ze mną jego krótkie „Przepraszam.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz