środa, 18 grudnia 2013
Posty. :)
Witajcie po dłuuuugiej rozłące. Niestety nie miałam czasu dokończyć mojego opowiadania. Systematycznie przeglądałam bloga i czytałam wasze komentarze. Rozumiem, że opowiadanie nie było kontynuowane sporo czasu, więc mam dla was niespodziankę. Niestety jeszcze dziś nie dodam nowego rozdziału. Jak wiecie niedługo święta. Jeszcze tylko kilka krótkich dni, które zlecą naprawdę szybko. W dniu 24.12.2013 o 14:00 dodam 5 rozdziałów + 2 imaginy (kontynuacja Louisa) + 1 specjalny imagin świąteczny. Możecie prosić z kim chcecie. Harry, Louis, Liam, Zayn, Niall... jest mi to obojętne. To wy wybieracie. Wystawię ankietę, w której głosować będziecie z kim zapragniecie sobie imagina. Rozumiem, ze 24.12 to już święta dlatego nie pogniewam się kiedy przyrost wyświetleń odnotuję kilka dni później. Możecie także wybierać co może stać się w opowiadaniu. Sugestię przyjmuje na maila sexwithharry69xx@gmail.com. Dla najbardziej aktywnych i pomocnych osób mam dodatkową niespodziankę. Jeśli wasz pomysł mi się spodoba otrzymacie odpowiedź i kilka moich propozycji jeśli chciałabym jakoś to przerobić. Oczywiście potrzebuję także waszej zgody i potwierdzenia co do tego, ze zrozumiałyście /zrozumieliście wszystko co dotyczy mini współpracy. Także czekam na wiadomości i odpowiedzi w ankiecie. :) Zapraszam na drugiego bloga "I Never Let You Go" gdzie są umieszczone ankiety. :)
niedziela, 24 listopada 2013
#2 Louis Tomlinson cz.2
Powiem szczerze, że nie spodziewałam się takiego obrotu
spraw. Myślałam raczej, że do końca będziemy się kłócić. Zgody nie brałam pod
uwagę. Teraz będzie tylko lepiej.
Dobrze, że sobie wszystko wytłumaczyliśmy, bo pomoc Louisa była nieoceniona. Pomógł mi
rozpracować ich prysznic. Nie wiem po co były te wszystkie przyciski.
Wystarczyłyby co najwyżej dwa korki. Po prysznicu położyłam się w swoim łóżku.
Obiecałam swojej przyjaciółce, że opowiem jaki jest mój nowy dom. Poznałyśmy
się już w domu dla dziecka, ale ona została adoptowana wcześniej, ale
obiecałyśmy sobie, że zachowamy kontakty i tak się stało. Niestety ona
zamieszkała gdzieś na północy Anglii, a ja pojechałam do Doncaster. Wybrałam
numer, nie musiałam długo czekać, bo Laura odebrała po chwili. Oczywiście
zdałam jej cały raport, chciałam też opowiedzieć o Lou, ale chłopak szybciej
wyszedł z łazienki.
-Z kim rozmawiałaś.?
-Z koleżanką. Znam ją jeszcze z domu dziecka.
Louis położył się do swojego łóżka i rzucił we mnie jakimś
pluszakiem. Był to słodki, ciemnobrązowy misiek, ubrany w biały szaliczek.
-Przytul go, będzie ci raźniej.
-Dziękuje. W ogóle ile ty masz lat, że masz takiego misia.?
-Dziewiętnaście, ale ja nadal nie wiem ile ty masz lat.
-Piętnaście
Na chwilę zapadła między nami cisza. Nie wiedziałam nad czym
myśli, ale wolałam mu tego nie przerywać. Chciał coś powiedzieć, ale zamknął
usta. Widocznie nie był pewny nad tym czy to co chce powiedzieć ma jakiś sens.
-Od dziecka mieszkałaś w tym domu.? -w końcu zdobył się na
odwagę i wypowiedział to jedno zdanie.
-Tak, całe dwanaście lat w czwórkę w jednym pokoju
-uśmiechnęłam się delikatnie żeby rozładować poważną atmosferę.
Tego wieczoru nie wymieniliśmy już żadnego zdania. Szybko
zasnęłam. Jeszcze nigdzie nie było mi tak dobrze jak w tamtym łóżku. Obudziłam
się dopiero około jedenastej. Na prawdę długo spałam, ale nikt mnie nie
obudził. Zapewne przegapiłam śniadanie. Powoli zwlekłam się z łóżka. Jakie
szczęście, że są wakacje. Nie miałam siły lecieć do szkoły lub poznawać w niej
nowych kolegów. Poszłam do łazienki wziąć prysznic i ogarnąć się trochę.
Zaplotłam. swoje włosy z kłosa i założyłam na siebie kwiecistą sukienkę,
ponieważ widać było, że jest wysoka temperatura. Chciałam zejść na dół, ale w
oczy rzucił mi się Louis. Malował ścianę w jednym z pokoi. Postanowiłam się z
nim przywitać. Stanęłam w progu, bo bałam się, że coś mi po brudzi sukienkę.
Chłopak ubrany był w białe ogrodniczki i szarą koszulkę. Wyglądał jak prawdziwy
malarz, nie licząc czapki z gazety, dzięki której wyglądał jak słodki chłopczyk
w wieku co najmniej dziewięciu lat.
-Jak się spało.? -uprzedził mnie
-Świetnie. -przeciągnęłam się wesoła. -Co robisz.?
-Maluję ci pokój.
-Poczekaj, pomogę ci -zaproponowałam
-Nie, ty idź na dół i
zjedz śniadanie -powiedział wesoło. -Zaraz kończę. Później będziesz musiała mi pomóc
Teraz dopiero widać, że to wesoły chłopak. Widocznie nie
polubił mnie na początku, ale teraz będzie już dobrze. Zeszłam na dół gdzie czekało już na mnie śniadanie.
W domu dziecka już dawno byłoby zjedzone, a tu czekał na mnie cały talerz
naleśników. Państwa Tomlinson już dawno nie było, tak jak ich córek, widocznie
pojechali do pracy, a dziewczynki pewnie poszły do dziadków. Louis skończył
bardzo szybko, przyszedł do kuchni. Nalał sobie soku i wypił wszystko duszkiem.
-Soku.? -spytał podsuwając mi karton soku pomarańczowego pod
nos.
-Nie dziękuje.
-Wstydzisz się.? -chłopak chwycił czystą szklankę i nalał mi
do niej soku. -Nie musisz to także twój dom.
-Nie wstydzę się.
Jego niebiesko-szare tęczówki spojrzały na mnie, a ja czułam
jak miękną mi kolana. Działał na mnie jak jeszcze nikt. Przyjemne gorąco
rozlało mi się w brzuchu. Szkarłat rozlał się po moich policzkach.
-Przecież widzę. -przejechał kciukiem po moim rozgrzanym
policzku. -Aż parzy. -roześmiał się.
Odwróciłam od niego wzrok i utkwiłam go w podłodze. Chyba
zauważył, że się kręppuje, bo odsunął się od mnie i zaczął grzebać coś w
szufladzie. Wyciągnął z nich parę rękawiczek i mi je podał
-Po co mi je.?
-Idziesz mi pomóc wyrwać chwasty w ogrodzie. Nie martw się
tylko trochę.
Tak jak mówił Louis, nie było tego dużo. Zaledwie kilka
listków wystawało poza ziemię. Uporaliśmy się z tym bardzo szybko. Zdążyliśmy
jeszcze przed powrotem dziewczynek. Jeśli się nie mylę to ich imiona brzmiały:
Lottie, Fizzy, Phobe i Daisy, ale nie jestem pewna. Znacznie łatwiej zapamiętać
imię Louis. Ich rodzice przyszli dopiero o piętnastej. Pan Tomlinson skończył
wcześniej prace żeby oprowadzić mnie po Doncaster. Najpierw zjedliśmy obiad, a
później mieliśmy wyjść. Czekałam przy drzwiach na resztę, ale zjawił się tylko
Louis.
-A oni nie idą.? -zdziwiłam się
-Nie, pójdziemy we dwójkę. -uśmiechnął się i chwycił swoją
dżinsową kurtkę. -Nie przeszkadza ci to.? -spytał ciągnąc mnie za rękę na dwór.
Najpierw pokazał mi park. Mieścił się tam ogromny staw, po,
którym pływały cztery kaczki, jedna duża i trzy małe. Siedziałam na pomoście
obserwując ich śmieszne wybryki. Loui zniknął mi gdzieś z oczu, ale na razie
się tym nie przejmowałam, bo zajęta byłam obserwowaniem pierzastych. kolegów.
-Dzień dobry -usłyszałam jego melodyjny głos.
Odwróciłam się do niego i uśmiechnęłam się widząc w jakim
jest stanie. We włosach wplątane były małe suche gałązki i jakieś listki, do
koszuli przyczepione były źdźbła trawy i kawałki cierni. W jego lewej dłoni
spokojnie leżała czerwona róża.
-Pięknu kwiatek dla pięknej pani. -przyklęknął przy mnie i
wręczył mi kwiatek.
-Dziękuje, ale...
-Żadnych ale. -przerwał mi. -Wiesz co ja musiałem przejść
żeby zdobyć tego kwiatka.?
-Właśnie widzę. -roześmiałam się wyciągając mu gałązkę z
jego włosów.
Chłopak usiadł obok mnie i tak samo jak ja zaczął patrzeć na
staw. Nie wiem ile tam siedzieliśmy, ale zaczęło grzmieć, później lać.
Rozpętała się straszliwa burza. Jedynym naszym wyjściem było ją przeczekać.
Loui pociągnął nas w stronę małej altanki. Schowaliśmy się pod stołem żeby
uniknąć pojedynczych kropel, które przedostawały się do środka. Temperatura
szybko spadła i przeszył mnie okropny chłód. Louis chwycił mnie w talii i
przyciągnął mnie do siebie
-Co ty byś bez mnie zrobiła.? -zaśmiał się okrywając mnie
swoją kurtką.
Nie odpowiedziałam tylko mocniej wtuliłam się w jego gorące
ciało. Był jak przenośny grzejnik. Oparł się brodą o moją głowę i mocniej
przytulił.
-Lubię burzę, ale jak jestem w domu. -mruknęłam kierując na
niego wzrok
-Czy ja wiem. Tu też jest mi dobrze.
Jego uśmiech sprawił, że zrobiło mi się gorąco. Był na
prawdę blisko. Jego nos otarł się o mój by później jego wargi musnęły
delikatnie moje usta. Nie wiem kiedy to się stało, ale jego dłoń ujęła mój
policzek, a druga wylądowała na mojej talii przyciągając mnie do siebie bliżej.
To było tak cudownie niepoprawne. Moje palce wplotły się w jego miękkie włosy.
Przez chwilę miałam nadzieje, że to będzie trwać wiecznie, później wróciło mi zdrowe
myślenie.
-Loui...
-Louis -poprawił mnie
-Przepraszam, ale...
-Nie szkodzi. -po raz kolejny mi przerwał. -To słodkie.
-My nie możemy.
#5 Louis Tomlinson cz.1
UWAGA.! W poniższym opowiadaniu One Direction nie istnieje.
Chwyciłam jedną ze swoich walizek i weszłam do dość dużego domu. Pani Brown, pomogła mi z resztą bagażu. Niepewnie przeszłam kilka kroków by odstawić swoje rzeczy przy sofie. Dwoje uśmiechniętych ludzi powitało mnie wesołym spojrzeniem, po chwili z góry zbiegły cztery małe dziewczynki. Nie do końca były znów takie małe, jedna z nich mogła mieć nawet piętnaście lat. Mężczyzna zajął się moim bagażem, a kobieta poszła wraz z panią Brown do kuchni. Pani Tomlinson musiała podpisać jakiś papier i wypełnić jakieś luki, otrzymała także moje dokumenty, paszport, książeczka zdrowia. itp. Pani Brown musiała już jechać, bo czekała na nią praca. Oczywiście pobiegłam się z nią pożegnać, złapałam ją akurat kiedy zapalała silnik swojego starego Forda.
Chwyciłam jedną ze swoich walizek i weszłam do dość dużego domu. Pani Brown, pomogła mi z resztą bagażu. Niepewnie przeszłam kilka kroków by odstawić swoje rzeczy przy sofie. Dwoje uśmiechniętych ludzi powitało mnie wesołym spojrzeniem, po chwili z góry zbiegły cztery małe dziewczynki. Nie do końca były znów takie małe, jedna z nich mogła mieć nawet piętnaście lat. Mężczyzna zajął się moim bagażem, a kobieta poszła wraz z panią Brown do kuchni. Pani Tomlinson musiała podpisać jakiś papier i wypełnić jakieś luki, otrzymała także moje dokumenty, paszport, książeczka zdrowia. itp. Pani Brown musiała już jechać, bo czekała na nią praca. Oczywiście pobiegłam się z nią pożegnać, złapałam ją akurat kiedy zapalała silnik swojego starego Forda.
-Dlaczego nie mogę wrócić z tobą.? - spytałam z nadzieją
-(t.i.) - westchnęła- Rozmawiałyśmy o tym. Nie chcesz mieć rodziny,
mamy, taty.? Tu ci będzie lepiej.
Nie dała mi możliwości odpowiedzi, odjechała tak po prostu zostawiając
mnie w zupełnie nieznanym miejscu u kompletnie nieznanych osób. Nie chciałam tu
być. Niby dla dziecka z takiego otoczenia jak ja to dobrze trafić do takiego domu
jak ten. Kochająca się rodzina, spokojne otoczenie, wspaniała szkoła i grzeczne
rodzeństwo. Spędziłam w domu dziecka prawie całe swoje życie, nie wyobrażam sobie
teraz mojego życia. W tamtej instytucji zostawiłam wszystko, przyjaciół, szkołę
i te miłe panie opiekunki, o których przywykłam mówić "rodzina". Tu nie
mam nikogo.
Niepewnie weszłam do mojego nowego domu. Mężczyzna, do którego
mam teraz mówić tato, zaprowadził mnie do mojego tymczasowego pokoju. Ten, w którym
miałam zamieszkać na stałe był jeszcze w remoncie. Po przekroczeniu progu zauważyłam,
że dzielę z kimś pokój. Był to chłopak w wieku około dwudziestu lat. Leżał na jednym
z dwóch łóżek i grzebał coś w telefonie. Przywitałam się z nim nieśmiało, ale nie
otrzymałam odpowiedzi. Mężczyzna skarcił go za to mówiąc, że jest arogancki, ale
to najwyraźniej go tylko zirytowało, bo opuścił pokój.
-Przepraszam za niego,
ale liczył bardziej na brata, a wiesz..
-Rozumiem. -przerwałam mu
-Tak więc, rozgość się. Do tamtej szafy możesz się rozpakować,
a za dwie godziny kolacja. -oświadczył cały czas się uśmiechając -Słyszeliśmy, że
lubisz owsiankę.
-Tak, bardzo.
Mężczyzna opuścił pokój, a ja zabrałam się za rozpakowywanie.
Były to trzy duże walizki, więc zajęło mi to sporo czasu. Na szafkę nocną postawiłam
jedyne zdjęcie rodziców. Tylko to mi po nich zostało, pochodzili z Polski, wiem
o nich tylko to. Byłam łudząco podobna do mamy, długie blond włosy, delikatne rysy
twarzy i kruche ciało, po tacie miałam jedynie zielone oczy. Fotografia przedstawiała
ich kiedy wybrali się na wycieczkę do Francji. Oboje mocno mnie przytulali. To właśnie
wtedy widziałam ich po raz ostatni, musiałam zgubić się w tłumie, a ktoś najpewniej
wywiózł mnie do Anglii. Bardzo cieszę się, że tu trafiałam. Lepszego domu dziecka
nie mogłam sobie wyobrazić.
-(t.i.), kolacja czeka. -zawołała mnie jedna z moich nowych siostrzyczek.
Niechętne zeszłam na dół i usiadłam przy stole. Kobieta podała
mi miseczkę z kotkiem, do której nałożyła sporą ilość owsianki. Ona chyba myślą,
że jestem jakimś niedokarmionym dzieckiem. Jak dla mnie wystarczyłoby pół tej porcji.
Chłopak, z którym dzieliłam pokój pojawił się po chwili.
-To moje miejsce -warknął
-Louis, usiądź obok Lottie. -jego mama wskazała na miejsce obok
Oczywiście mogłam się przesiąść, ale mężczyzna mnie zatrzymał
odsuwając miejsce obok jego siostry. Chwyciłam szklankę z sokiem i umoczyłam wargi,
kiedy poczułam jak braknie mi podparcia. Poleciałam na podłogę. Pech chciał, że
pociągnęłam za sobą obrus i cała miseczka z kolacją wylądowała na mnie, szklanka
z sokiem potłukła się, raniąc mnie w dłoń. Syknęłam z bólu. Państwo Tomlinson zerwali
się z miejsca, szybko pomogli mi wstać. Kobieta owinęła mi szybko czymś dłoń, bo
krew kapała na podłogę. Nie obyło się bez wizyty w pobliskiej klinice. Doktor wyjął
kawałki pobitego szkła i opatrzył mi dłoń. Kiedy wróciliśmy pan Tomlinson głośno
krzyczał na Louisa, dziewczynki siedziały cichutko na sofie przyglądając się zdarzeniu.
-Przeproś ją teraz.!
-Nie mam zamiaru -prychnął.
-Nie trzeba- przerwałam im -Już mi nic nie jest.
Chłopak bez słowa ruszył na górę. Zrobiłam to samo. Było mi go
szkoda. Ja sama bym nie chciała gdyby moi rodzice adoptowali nowe dziecko i skupili
na nim całą uwagę. Zapukałam do drzwi, chociaż to był również mój pokój.
-Proszę.
Weszłam do środka i stanęłam przy nim. Siedział na podłodze przy
łóżku i tępo patrzył na psa śpiącego pod biurkiem. Przykucnęłam przy szatynie i
próbowałam coś powiedzieć, ale za każdym razem zamykałam usta. Nie mogłam się wysłowić,
kiedy w końcu ułożyłam to sobie w głowie to on mi przerwał
-Cieszysz się.? -spytał z niewyraźnym uśmiechem.
-Z czego.? -zdziwiłam się, bo te pytanie nie miało w ogóle sensu.
Skaleczona dłoń nie jest znowu taka miła.
-Jesteś ich pupilkiem. Fajnie nie.?
-Nie musisz być na mnie zły ja..
-Nie muszę być zły.? -przerwał mi -Ukradłaś mi rodziców, pokój
i jeszcze miejsca przy stole. Nawet kawałek pokoju musiałem ci oddać.
-Przepraszam.
-Przepraszam tu nie wystarczy -burknął -Zabrałaś mi nawet mamę.
Nie mówię o ojcu, bo ten ma mnie dosłownie gdzieś, a ten na dole to tylko jakaś
marna podróbka, która na siłę próbuje mi zastąpić tatę. Mama jako jedyna mnie rozumiała,
a teraz pewnie myśli żeby się mnie pozbyć. -w jego niebiesko-szarych oczach pojawiły się kryształowo
czyste łzy, które spłynęły po policzku. Pod wpływem złości chwycił zdjęcie, które
stało na biurku i rzucił je o ścianę, a ramka roztrzaskała się na milion kawałków
wraz z moim sercem.
Otarł je rękawem, ale kolejne zajęły ich miejsce. Schował twarz
w dłoniach. Było mu na pewno ciężko, brakowało mu taty, a teraz przyszłam jeszcze
ja i zupełnie o nim zapomnieli, ale jestem pewna, że kochają go nad życie.
-Wiesz jak to jest nie mieć taty.? Jak byłem mały to zawsze mi
go brakowało, zawsze chciałem żeby zagrał ze mną choć raz w piłkę, ale on założył
rodzinę i o mnie zapomniał.
-Ty przynajmniej miałeś mamę i swojego ojczyma. Ja od trzeciego
roku mieszkałam w domu dziecka. Ja nawet nie pamiętam swojego taty. -podniosłam
z ziemi fotografie i otrzepałam ją z kawałków rozsypanej ramki. -To była jedyna rzecz,
która mi po nich została.
Louis spojrzał na mnie. Może zrozumiał, że ma na prawdę dobrze.
Każdy jeden, który mieszkał ze mną w domu dziecka oddałby za to wszystko.
-Przepraszam. -słowo spokojnie opuściło jego usta. Jednak jego
głos załamał się na końcu.
-Nie szkodzi.
Usiadłam na swoim łóżku. Oczywiście mogłam powiedzieć mu, że
nie ma serca i takie tam, ale przecież byłoby to głupie. Przez następne lata będziemy
mieszkali w jednym domu. Całe życie będziemy się kłócić.?
-Jest już dobrze, prawda.?
-Tak. Lepiej się pogodzić. -uśmiechnęłam się do niego co on odwzajemnił.
-Obiecuje, że już nigdy nie zajmę ci twojego miejsca
-Obiecuje, że już nigdy nie rozleje ci owsianki.
niedziela, 17 listopada 2013
#4 Louis cz.1
Mój pierwszy dzień w nowej szkole. Nowe miejsce, nowe
perspektywy. Właśnie niedawno przeprowadziliśmy się z rodziną do Doncaster.
Tata dostał nową propozycje pracy, a mama ofertę założenia nowego salonu
fryzjerskiego. Miałam szczęście, że
wszystko przypadło na koniec roku szkolnego, a do nowej klasy mogłam dołączyć w
nowym roku.
Przekroczyłam
próg budynku i od razu powitała mnie wysoka brunetka. Przedstawiła się jako
przewodnicząca szkoły. Oprowadziła mnie po klasach. Pokazała co i jak. Była
naprawdę miła i szybko się dogadałyśmy, dlatego na kolejnych przerwach
towarzyszyła mi krok w krok. Była właśnie trzecia lekcja. Nauczyciel po dopiero
sprawdzał obecność.
-Tomlinson. –burknął swoim basowym głosem- Tomlinson-
powtórzył głośniej z nieukrywanym gniewem w głosie.
Mężczyzna zaznaczył coś w dzienniku po czym podszedł do
tablicy i zaczął tłumaczyć nowy temat. Zapisałam go szybko w zeszycie i uważnie
przysłuchiwałam się jego tłumaczeniom. Chciałam tu wypaść jak najlepiej. W
końcu to nowa szkoła i mogę zacząć od zera. Drzwi od klasy gwałtownie się
otworzyły. Do środka wszedł jakiś chłopak. Zamknął za sobą drzwi i zajął
miejsce w ostatniej ławce. Rozłożył się w krześle i bez zainteresowania wgapiał
się w tablicę.
-Mógłbyś się chociaż przywitać.
-Dzień Dobry –odpowiedział od niechcenia.
-Gdybyś nie zauważył do klasy dołączyła nowa uczennica. –Pan
prowent wskazał na moją osobę swoim długopisem –Byłbyś tak uprzejmy i jakoś się
z nią zapoznał.
Jego wzrok
utkwił na mnie. Speszyłam się i szybko odwróciłam. Widziałam przez sekundę jego
uśmieszek. Widocznie chłopak przyzwyczaił się do tego wszystkiego i nawet
nauczyciel nie miał na niego sił.
-Niech się pan nie martwi. Chętnie się z nią jakoś bliżej
zapoznam.
Szczerze
mówiąc zaintrygował mnie. Jego tęczówki były niebieskie z lekkim odcieniem
szarości. Grzywka ułożona była jakby rozwiał ją wiatr, co było praktycznie nie
możliwe, ponieważ dzień był naprawdę piękny i nie zakłócały go żadne przewiewy.
Zauważyłam też spory tatuaż na ręce. Gdyby nauczyciel nie zwrócił jego uwagi na
mnie może zilustrowałabym więcej detali. Minęło piętnaście minut, a dzwonek
oznajmił przerwę
Otworzyłam swoją szafkę i
zaczęłam wkładać do niej książki. Kiedy każda była już na swoim miejscu
zamknęłam metalowe drzwiczki. Wzdrygnęłam się kiedy zobaczyłam postać, która
była schowana za nimi. Chłopak zbliżył się i nawinął sobie mój kosmyk na palec.
-Nie bój się mała. Nie ugryzę. – uśmiechnął się
uwodzicielsko –Masz jakieś plany na wieczór.? Może wyskoczylibyśmy na lody.
–zaakcentował ostatnie słowo
-Nie dziękuję. –pod wpływem jego osoby załamywał mi się
głos.
-Próbujesz być niedostępna.?
Szatyn przeszywająco spojrzał na mnie swoimi
niebiesko-szarymi tęczówkami. Kolana się pod mną ugięły. Przełknęłam ślinę i
odwróciłam wzrok. Usłyszałam jego cichy śmiech. Podszedł jeszcze bliżej. Czułam
jego oddech na swojej twarzy.
-To jak.? Może teraz.? Truskawkowe czy śmietankowe.?
-Nie mam ochoty na lody.-powiedziałam cicho
Nie
odpowiedział tylko uniósł mój podbródek tak bym mogła na niego spojrzeć. To
chyba nie było dla niego często spotykane. Dziewczyna, która odmawia takiemu
przystojniakowi, ale co poradzę, że mam już plan.? Niby jedziemy do przyjaciół
rodziców i nie mam ochoty opiekować się ich trzyletnim synkiem, ale wypad z
Louisem nie wywoływał u mnie pozytywnych myśli.
-Wiem, że na mnie lecisz. Widzę to w twoich oczach. –uniósł
kącik ust i przejechał kciukiem po moim policzku.
-Jesteś bezczelny.
-Ostatni raz pytam. Idziemy.?
-Nie dziękuje.
Widać, że
moja odpowiedź zdenerwowała go lekko. Zarzucił swój workowaty plecak na ramię i
odszedł do grupki przyglądających się znajomych. Chyba każda dziewczyna marzy
żeby jakoś się z nim spotkać. Najwyraźniej z tego korzystał, bo już na
pierwszej przerwie zauważyłam, że biegają przy nim jak służące. Chłopak był
przystojny i to bardzo. Przyznam, że i mnie tym oczarował, ale mam na tyle
zdrowego rozsądku żeby mu odmówić. Jak na razie…
Kolejna lekcja minęła powolnie.
Znudziła mnie prawdę mówiąc. Zadzwonił dzwonek, a ja radośnie wyszłam z klasy.
Juliett miała teraz jakieś spotkanie rady uczniowskiej, więc na najbliższej
przerwie będę sama. Usiadłam na ławce przy klasie i wyciągnęłam moją ulubioną
książkę. Zaczęłam ją czytać, ale nagle coś zasłoniło mi światło i teraz lekki
cień padł na litery. Uniosłam głowę do góry. Jakaś grupka stała nad mną, ale
zajmowała się sobą. Nie wiedziałam, że ludzie mogą być aż tak podli. Cała
szkoła wolna, ale oni muszą stać przy mnie. Zamknęłam lekturę i oddaliłam się
gdzieś w głąb budynku. Usłyszałam wołanie mojej koleżanki, więc szybko
odwróciłam się w jej stronę. Uśmiechnęłam się tylko, bo poczułam ostre
pchnięcie. Straciłam równowagę i upadłam na ziemię. Moja biała koszulka była
cała w czarnej kawie. Teraz zorientowałam się, że nie wpadłam na jedną osobę,
ale na dwie. Z jednej strony Tomlinson próbował zakryć swój uśmiech, ale słabo
mu to wychodziło, z drugiej zdenerwowany dyrektor. Uniosłam się szybko i
chciałam jakoś tłumaczyć.
-Louis. –wrzasnął.
Chłopak
wyprostował się i nadal cicho chichocząc podszedł do mężczyzny. Widać było, że
nie za bardzo przejmuje się jego osobą. Nie budzi w nim żadnego autorytetu. Groźne
spojrzenie powędrowało również na mnie.
-Ty i panna [t.i] zostaniecie po lekcjach i wysprzątacie
hol.
-Ja.?! –zdziwił się sprawca. –to ona na pana wpadła.
-To był przypadek, on mnie popchnął i… –próbowałam się
bronić.
-Przypadek.?! A kto mi mówił, że tego „starego dziada trzeba
ukarać” za to, że dał ci szafkę obok Candy.?
-Nic takiego nie mówiłam.
Louis, był co najmniej bezczelny. To on mnie pchnął, teraz
próbuje wymigać się od kary. Nowa szkoła, a ten musiał narobić mi kłopotów. Od
razu widzę, że nasza znajomość nie będzie przyjemna.
-Ja nic…
-Dość –przerwał nam ostry bas –Obaj zostajecie.
Otyły mężczyzna ruszył w stronę sekretariatu wycierając swój
garnitur.
Byłam zdenerwowana
jak nigdy. Pierwszy tydzień, a ja już zaliczyłam wpadkę i to jeszcze nie z
mojej winy. Zaraz chyba zabije tego kolesia. Gdyby mnie nie popchnął wszystko
było by dobrze. Jedyny plus to, to, że mu też się dostało. Najgorszy minus, że
będę musiała z nim tam siedzieć. Podeszłam do niego i spojrzałam w roześmiane oczy.
-Jesteś idiotą, wiesz.?! –wrzasnęłam nie mogąc nic innego z
siebie wydusić.
-Wiem kochanie, ale za to mnie kochasz. –oznajmił pocierają
zewnętrzną stroną dłoni mój policzek.
-Przestań –warknęłam i strzepnęłam jego dłoń.
-Nie denerwuj się –powiedział z takim spokojem, że robiłam
się bardziej wściekła –Widocznie przeznaczone nam było wyjść gdzieś razem. Tylko,
że posiedzimy sobie tutaj. Jak dla mnie może być.
-Nie.!- krzyknęłam i oddaliłam się w głąb szkoły.
wtorek, 22 października 2013
#3 Marcel cz.4 (ostatnia)
Jego zielone oczka rozbłysły, a miękkie loczki załaskotały
mnie w policzek kiedy oddawał pieszczotę. Nie przeszkadzało mi to, ze teraz cała
szkoła się na nas gapi. Mi było z tym dobrze. Nie wiedzą, że to ja jestem tą
szczęściarą, która może całować sobie po policzku takiego chłopaka jak Marcel.
On nie był inny, on był wyjątkowy. Szkoda, że prędzej tego nie zauważyłam.
***oczami Marcela.
Usiadłem na
krześle. Moja mama biegała po kuchni w poszukiwaniu pomidorów, które miała
przed sobą. Podałem go jej, a ta szybko zabrała się za krojenie. Robin niedługo
wraca z pracy, a on bardzo polubił jej spaghetti. Oparłem się o blat i
spojrzałem na nią. To takie dziwne, musisz napracować się by jedna osoba była
szczęśliwa, ale kiedy widzisz jej uśmiech to w twoim sercu też rodzi się
radość. Miłość jest taka skomplikowana. Jeszcze rano nie uwierzyłbym, ze ktoś
tak poświęci się dla mnie. Lili naprawdę pokazała, że mnie kocha, ja ją też
kocham, od kiedy pamiętam, ale co ja jej mogę zaoferować.? Kujońską pomoc kiedy
inni będą się z nas nabijać.
Ta myśl nie
opuszczała mojej głowy. Cały czas tam siedziała. Ja ją tylko marnuję. Ona
mogłaby mieć każdego, ale wybrała mnie. Mogła by nawet chodzić z jakimś
aktorem. Ja byłem tylko jakimś miękkim kujonem, który chowa głowę w piasek gdy
inni go atakują. Nie zasługuję na nią.
-Mamo, czy mógłbym cię o coś zapytać.? –nieśmiało przerwałem
ciszę.
-O czym.?
Zawszę miałem dobry kontakt z mamą, ale ta cała sytuacja nie
była zbyt komfortowa. Trudno jest się przed sobą przyznać, że jesteś najsłabszym
ogniwem w szkolę, ale ja to już dawno wiedziałem. Ci idioci pokazywali mi to za
każdym razem, kiedy przekroczyłem próg szkoły.
-Chodzi o to, że poznałem pewną dziewczynę i ja bym nie chciał
żeby się z niej śmieli kiedy my byśmy…
-Marcel. –przerwała mi – Jeśli ona nie widzi jaki jesteś wspaniały
to nie jest warta.
-Nie o to chodzi. –szybko zaprzeczyłem – Oni się z niej śmieją,
że wiesz… -spuściłem wzrok.
-Rozumiem.
Moja mama przerwała swoją
czynność i pogładziła mnie po ramieniu. Wątpię czy to pomoże, ale poczułem się
lepiej. Zawsze mnie wspierała i to w niej odnajdywałem oparcie, ale teraz
kolejny tekst o wewnętrznym pięknie mi ni pomoże.
-Ładna.?
-To tak, która była tu w piątek.
-Blondynka.?
Potwierdziłem ruchem głowy. Mama
na chwilkę znikła gdzieś. Usłyszałem jak wchodzi na górę, a po chwili schodzi. To
kuchni weszła też Gemma. Moja starsza siostra złapała mnie za nadgarstek i
pociągnęła w kierunku drzwi wyjściowych.
-Gdzie idziemy.? –spytałem zamykając za sobą drzwi.
-Na zakupy. –uśmiechnęła się chytrze.
Słyszałem, ze to poprawia humor dziewczyną, ale ze mną tak
źle jeszcze nie było. Byłem facetem o ile się nie mylę, a ma stuprocentową
pewność, ze jestem.
-Po co.?
-Musimy cię ulepszyć.
Nie miałem wyboru. Wepchnęła mnie do auta i wywiozła do
centrum handlowego.
Najpierw
poszliśmy do sklepu. Biegała po nim jak opętana i co chwilę rzucała mi nowe
ciuchy do przymiarki. Później obładowani torbami o równowartości moich rocznych
kieszonkowych, powędrowaliśmy do fryzjera. Bałem się. Nigdy nie lubiłem kiedy
ktoś dotykał moich włosów. Całą tą wyprawę zakończył obuwniczy. Oczywiście to
ja musiałem taszczyć te wszystkie torby, ale rozumiałem to, bo one były moje. Ciężkie,
ale moje.
***Oczami Lili (nazajutrz)
Usiadłam w
ławce szkolnej. Dziś o wiele bliżej nauczycielki. W pierwszej ławce, tam gdzie
zwykle siedział Marcel. Dziś go nie było. Może on już nie chce.? Może nie
podoba mu się te wszystkie śmiechy, które były jeszcze nasilone. Wyjęłam książki
od matematyki i otworzyłam zeszyt, leniwie zapisując temat. Podczas kiedy
robiliśmy pierwsze zadanie ktoś zapukał do drzwi. Do klasy wszedł jakiś
chłopak. Niesforne loki na głowię, które zostały ujarzmione za pomocą grzywki i
odrobiny żelu, koszula w serduszka, która opinała się na jego ciele, czarne
rurki i dziwne lecz fajne buty. W ogóle go nie kojarzyłam, ale te oczy i ten
głos… one coś mi mówiły. Przerosił za spóźnienie. Usiadł do mnie do ławki i
cmoknął mnie w usta.
-Dzień dobry kochanie.
-Czekaj, czekaj. Marcel.?! –pisnęłam
Nauczyciel też się trochę zdziwił.
Marcel.?! Nie mogłam w to uwierzyć. Wyglądał jak jakiś grecki Bóg. Niby prędzej
też był ładny, ale teraz mogłam zobaczyć to nie tylko ja. Pozbył się spodni od
garnituru, białej koszuli, kraciastej kamizelki i tych okularów.
-Może być.?
-Je-jest świetnie –tym razem to ja zająknęłam się na jego widok.
–Ale czemu.?
-Wie…
-Fajna koszula. –usłyszałam ten fałszywy głos Evy
-Zajęty – wrzasnęłam i rzuciłam się na niego przytulając z całych
sił.
Moja słodka żabka przemieniła się w seksownego księcia. Może
być lepsze zakończenie bajki.?!
Ostatnia część imagina o Marcelu. mam nadzieje, że wam się podoba, bo mi nie specjalnie przypadła ona do gustu. Jakaś taka mdła. Jeśli chodzi o bloga to widzę, że nie jest zbyt dużo odwiedzin i właśnie tu wkraczacie wy. Jeśli możecie to rozgłaszajcie go. To dla mnie bardzo ważne. Nie ma sensu czegoś pisać skoro nikt tego nie czyta, no nie.? Więc mówcie o nim swoim koleżanką i w ogóle. Jeśli któraś z nich jest od was to poproście je by wpisały wasz nick czy coś (Imię może być, ale tylko z pierwszą literą nazwiska. np. Marta G.) Wymyślę jakąś nagrodę. Za dziewczynę, która będzie pojawiała się najczęściej w komentarzach. Sądze, ze najlepiej jak będzie to jakiś dedyk. Obojętnie z kim i obojętnie co. Z góry dziękuję.
piątek, 18 października 2013
#3 Marcel cz.3.
Zniknął nim zdążyłam cokolwiek zrobić. Tak po prostu. Pocałował
mnie i uciekł, a ja poczułam, że… że zaczyna mi na nim zależeć. Rozmawiać zaczęliśmy
normalnie jakieś dwa dni temu, a już mnie zafascynował. Tylko czemu uciekł.?
Zrobiłam mu coś.? Opadłam zrezygnowana na sofę. To pytanie nie dawało mi
spokoju.
*** poniedziałek
Dziś
wstałam wyjątkowo wcześnie. Musiałam jak najszybciej znaleźć się w szkole i
spytać go dlaczego uciekł, ale jak ja to zrobię. Każdy patrzy na mnie jak tylko
przekroczę próg szkoły. Gdybym z nim rozmawiała zostałabym wyśmiana przez
wszystkich. Ja nawet nie wiem czy coś do niego czuję. Jeśli to tylko
zauroczenie to nie warto. Pamiętam jak zakochałam się w nim w podstawówce. Nikt
o niczym nie wiedział, a później jakoś o tym zapomniałam, ale nie wiedziałam
czy na pewno. Teraz… to chyba wróciło. Nawet jeśli mnie wyśmieją to co. Warto,
no nie.? Weszłam do znienawidzonego mi budynku. Od razu odszukałam go wzrokiem.
Stał na podwórku szkolnym. Pod tym dużym klonowym drzewem. Czytał jakąś
książkę.
Ruszyłam w
jego stronę. Niestety drogę zagrodzili mi moi przyjaciele. Alex, Peter, Tom i
Eva. Wyrośli jak z pod ziemi. Nie byłam teraz w nastroju. Śpieszyło mi się.
Nerwowo rozglądałam się w poszukiwaniu Marcela. Nadal był w tym samym miejscu. Błagam
żeby nigdzie nie szedł.
-I jak tam lekcje z Marcelkiem.? –spytał Tom, chyba próbował
być zabawny
Alex, Peter i Eva zaśmiali się cicho pod nosem. Brawo ,
kolejne głupie żarty, które ograniczają się tylko do tekstów „Jesteś głupi” lub
„Śmierdzisz” Ten sam poziom inteligencji.
-Świetnie –odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
-Zrobiliście zadanie domowe.? –zachichotała Alex.
-Tak, w piątek zostałam u niego na kolacji, nazajutrz
przyszedł do mnie, pouczyliśmy się algebry i zjedliśmy babeczki.
-Tak, a później mała powtórka z anatomii. –roześmiał się
wesoło Peter.
Nie
chciałam słuchać ich głupich żartów. Były na poziomie podstawówki. Z resztą jak
najszybciej musiałam porozmawiać z Marcelem. Podeszłam do niego i stuknęłam
dwukrotnie w ramię.
-H-hej. –przywitał się nieśmiało.
-Hej. –odpowiedziałam równie zdenerwowana co on. Chyba
pierwszy raz rozmawiam z nim normalnie w szkole. –Posłuchaj, ja muszę wiedzieć
dlaczego ty wtedy uciekłeś.?
Chłopak zamknął książkę i odwrócił wzrok. Widziałam w jego
oczach malutkie łezki, które zbierały się w kącikach. Było mu ciężko, ale
dlaczego.? Co poszło nie tak.? Nic mu przecież nie zrobiłam, a może on tego nie
chciał.
-Ale nie będziesz się ze mnie śmiała.? –spytał, a po jego
policzku spłynęła pojedyncza łza.
Otarłam ją dłonią, a on zaczął
nerwowo bawić się palcami u rąk jakby były najciekawszą rzeczą na świecie. Nie
wiedziałam czego się spodziewać. On cały czas milczał.
-Marcel, powiedz. Ja obiecuję nie będę się śmiać.
Spojrzał na mnie swoimi zaszklonymi oczami. Zrobiło mi się
go tak momentalnie żal.
-Bo ty mi się podobasz. Bardzo. Zakochałem się tobie. –zaczął,
ale ja nadal nie widziałam w tym sensu. To akie złe, ze trzeba płakać. –
Myślałem, że tego nie chcesz, że będziesz się potem wstydzić, więc wolałem
sobie iść.
Kolejne kropelki jego słonych łez spadły na ziemię. Nie
wierzyłam w to co słyszę. Zakochał się we mnie, więc Alex miała rację. On mnie
kochał i to od dawna.
Nie
wiedziałam jak się zachować, ale skoro znam całą prawdę nie mogę go tak
odrzucić. W końcu też coś do niego czuję. To co pomyślą sobie moi przyjaciele
to teraz jest nic nie wartę. Jeśli naprawdę mogę im ufać zrozumieją. Jeśli nie,
to dziękuje po lewej są drzwi.
-Marcel…
-Przepraszam. –przerwał mi ocierając swoje oczy.
-Pocałujesz mnie.? –szepnęłam muskając wargą jego ucho.
Chciałam żeby to zrobił. Był dla mnie ważny. Najpewniej
zaraz rozniosą się różne komentarze, ale ja mam to gdzieś i tak już jestem na
straconej pozycji, bo z nim rozmawiam. W życiu są ważniejsze rzeczy niż
popularność. To nie długo minie, a miłość.? Ona może zostać na zawszę
Chłopak
przez chwilę nie wiedział co zrobić. Uśmiechnęłam się do niego, a kącik jego
ust uniósł się do góry. Zbliżył się do mnie, a jego usta naparły na moje. Był
pewniejszy niż za pierwszym razem. W sobotę nie wiedział czy tego chce, a teraz
ma stuprocentową pewność, że tak. Wplotłam palce w jego włosy i przyciągnęłam bliżej
siebie pogłębiając tym samym pocałunek.
-O pan i pani Styles. – usłyszałam głośny śmiech Evy.
-No co ty. Pani i pani. –dodał zwijający się ze śmiechu
Peter.
Marcel znów spuścił wzrok. Pewnie przejął się tym, że teraz
cała szkoła będzie się śmiać. Wiedziałam, że nie chciał. Moi „przyjaciele” byli
okropni. Teraz widziałam jaką krzywdę mu robiłam.
-I kto to mówi.? Koleś, który swój pierwszy raz przeżył z
prostytutką.
-Ta, przynajmniej ja mam za sobą ten pierwszy raz.
-Czy ty w ogóle widzisz jak on wygląda.?! –oburzona Alex
wskazała na Marcela.
-Widzę, jest śliczny. – odpowiedziałam splatając nasze
dłonie.
-Śliczny.?! Dziewczyno on wygląda jak jakiś geek.
-Jesteście okropni.
-Przynajmniej nie wyglądamy jakby nas koza przeżuła. –zaśmiał
się wyraźnie rozbawiony Tom
-Czy ty się słyszysz.?! Jak możesz mówić takie coś skoro sam
wyglądasz jak po spotkaniu z pociągiem towarowym. Ludzie ogarnijcie się. W czym
on jest od was gorszy.?! W tym, e nie musi się chować za toną tapety, że nie
potrzebuje jakiś super ciuchów. Tom ty jesteś tylko jakimś pryszczatym
bachorem, którego każdy lubi, bo ma kasę, Eva to ma na sobie chyba z tonę tapety,
ale jej to i tak nie pomaga, Alex gdyby wyciągnęła te wkładki ze stanika była by
płaska jak deska, a ty Peter.? Ściągnij te wszystkie łańcuchy fullcapa i
pogadamy, bo naprawdę wyglądasz jak przeżuty żelek. Marcel przynajmniej nie
musi udawać, że jest niewiadomo jaki świetny, bo sam w sobie jest wyjątkowy.
Miałam ich
szczerze dość. W końcu dowiedzieli się co o nich myślę, no i dobrze. Miny im zrzedły.
Pociągnęłam Marcela w stronę szkoły. Usiedliśmy na ławeczce pod klasą od
matematyki.
-Dziękuje.
-Nie ma za co. –cmoknęłam go w policzek i wyciągnęłam jego
ulubione babeczki. – Moja mama robiła specjalnie dla ciebie. Powiedziała, ze
musi cię poznać.
#3 Marcel cz.2
cz.1
Chłopak był punktualny. Dokładnie o czternastej zapukał do
moich drzwi. Otworzyłam mu z kanapką w ręce. Nie zdążyłam jej zjeść. Zaprosiłam
go do środka i szybko udałam się do kuchni odłożyć to co miałam w dłoni.
-Chcesz soku.?
-Mo- można jabłkowy.?
Nalałam mu, jak i sobie soku i szybko ruszyliśmy na górę. Moi
rodzice byli właśnie na imieninach mojej znienawidzonej cioci. Ja zostałam z
powodu „korepetycji”. Wkręciłam im jakiś kit o słabych ocenach i że chcę się
zmienić. Zgodzili się bym została.
Wskazałam
Marcelowi na łóżko, na którym miał usiąść. Wyjęłam książki i usiadłam obok
niego. On znów był jakiś spięty. Nie to co wczoraj. To dziwne jak szybko się zmienia.
-Ł-ładnie tu masz –zająknął się
-Dziękuję. –zdziwiło mnie to, że znów jest zestresowany. –To,
na której stronie otworzyć.?
-143.
Otworzyłam książkę na wskazanej
stronie. Było coś o opuszczaniu nawiasów. Nawet łatwe. Trzeba było się tylko
skupić. To przysporzyło mi trochę kłopotów. Nie rozumiałam co się dzieje z
Marcelem. Wczoraj jakoś było dobrze, ale to Marcel on uważa za przestępstwo
dzielenie przez zero. Prędzej dobrze mi się z nim rozmawiało. Zauważyłam, że
nie jest taki sztywny jak w szkolę, jest zabawny.\, a dziś. Znów ten kujon z
pierwszej ławki, który trzęsie się na widok dziewczyny. Skończyliśmy zadania, a
chłopak zaczął się zbierać.
-Idziesz już.?
-T-tak, skończyliśmy już, pra-prawda.?
-No tak, ale co ci się stało.?
-Nic. –odpowiedział wzruszając ramionami.
-Wczoraj byłeś jakiś inny. –zmarszczyłam brwi jakby to miało
mi pomóc znaleźć prawdę –Taki bardziej wyluzowany.
-J-ja.?
-Nie twój długopis. –prychnęłam –Jasne, że ty.
Marcel znów
wzruszył tylko ramionami. Boże, miałam ochotę go w tej chwili ukatrupić. Doprowadzał
mnie do szału. Opadłam zrezygnowana na łóżko. Nie wierzyłam, ze ktokolwiek
doprowadzi mnie do szału samym nic nie robieniem.
-Przepraszam. –powiedział jakby zrobił coś złego.
-Za co.?
Powtórzył ruch rękoma i stał tak nad mną. Co za idiota.
Wstałam z łóżka i zeszłam na dół. Marcel podążył za mną. Skierowałam się do
kuchni, a ten zaczął ubierać buty.
-Słuchaj, moja mama zrobiła babeczki. Może chcesz.?
-Chętnie. –odpowiedział niepewnie.
Chłopak musiał ponownie ściągać
buty, a ja podałam mu jedną z bananowych babeczek mojej mamy. Usiadłam na
krześle i wskazałam mu miejsce obok. W ciszy jedliśmy swoje babeczki. Marcel
cały wysmarował się różowym lukrem przez co wyglądał jak pięciolatek. Nie
mogłam nie zareagować. Cichy śmiech wyrwał się z moich ust.
-Co się stało.? –spytał zdezorientowany.
Chwyciłam jedną chusteczkę, która leżała w opakowaniu na
blacie i wytarłam mu usta jak i nos, który też miał upaćkane w lukrze.
-Jak dziecko. –pokręciłam głową ocierając mu jeszcze
policzek.
Marcel posłał mi jeden z najpiękniejszy uśmiechów, jakie
widziałam. Szczerze, nigdy nie przypuszczałam, że on tak umie. Gdybym stała to na
pewno bym się przewróciła, bo nogi miałam jak z waty.
Z resztą
teraz zauważyłam, że nie tylko uśmiech miał piękny. W policzkach pojawiły się
dwa dołeczki. Były urocze jak mały kotek, który bawi się z kaczuszką. Przepraszam,
ale tylko takie porównanie mi pasuje. A jego oczy.? Mogłaby patrzeć w nie
całymi dniami. Był idealny… Zaraz, zaraz. Marcel.?! Idealny.?! Chyba tylko dla
swojej komputerowej dziewczyny. Przedobrzyłam. Mama musiał wrzucić coś do tych
babeczek. Nie mogłam zaakceptować faktu, że prędzej nawet nie zwróciłam na to
wszystko uwagi. Szybko odwróciłam wzrok, nie chcąc by chłopak zauważył, że się
na niego bezczelnie gapie.
-Mogę jeszcze jedną.?
-Tak, oczywiście.
Podałam mu kolejne słodkie
ciastko, a ten rzucił się na nie jak wygłodniałe zwierze. Mama nareszcie będzie
szczęśliwa. Zawsze chciała by ją ktoś docenił kulinarnie, a teraz będzie miała
Marcela. Będzie tu przychodził i próbował wszystkiego co ugotuje. Ugryzłam
kawałek i rozbawiona patrzyłam jak Marcel zajada się swoją. Mi została jeszcze
połowa, a on już skończył.
-Dasz mi…
-Kolejną.?- przerwałam mu uśmiechnięta.
-Chusteczkę, ale babeczkę też możesz dać.
Jak on to
robi.? Tyle jeść, ale nadal jest chudy. Chłopak pochłoną kolejną babeczkę i
oparł się o krzesło. Zamknął oczy i zaczął mruczeć coś pod nosem. Jego błoga
mina rozwaliła mnie do końca.
-Widzisz, to nie było takie trudne. –przejechałam mu kilka
razy po brzuchu.
-Ale co.?
-No od stresować się.
Była dopiero szesnasta, więc mieliśmy sporo czasu. Włączyłam
jakiś film i razem usiedliśmy na sofię. Znów zrobił się jakiś skrępowany,
jednak z moją pomocą szybko się wyluzował. Musiałam rozłożyć go na sofię, bo
sam by sobie chyba nie poradził. Położyłam mu jedną rękę na oparcie, drugą na
jego tors, a głowę na poduszce. Wszystko byłoby idealnie gdyby on nie ześlizgnął
się z sofy, kręcąc się i szukając dobrego i wygodnego miejsca na swój tyłek. Pociągnął
mnie za sobą i oboje upadliśmy na ziemię. Dobrze, ze odsunęłam prędzej szklaną
ławę, bo było by nieciekawie.
Tak jak
wczoraj, Marcel był uczynny i zamortyzował upadek swoim ciałem. Przewróciłam
się prosto na niego uderzając głową w jego tors. Pomimo tego, że noc nieźle
mnie bolał, bo chłopak miał jakiś łańcuszek to nie mogłam przestać się z niego
śmiać. Większej łamagi w życiu nie widziałam.
-To wszystko twoja wina.
-Moja.?! To ty wymyślałaś mi jakieś śmieszne pozy.
-Ale to by się nie stało gdybyś tyłkiem nie kręcił.
Zaczęliśmy obwiniać siebie nawzajem. Oczywiście Marcel, jako
mężczyzna przyjął winę na siebie.
Schowałam
głowę z zagłębieniu jego szyi i próbowałam unormować oddech. Od śmiania się z
niego prawię się udusiłam. Przyznam, że było to całkiem miłe. Marcel używał
jakiegoś świetnych perfum. Nie mogłam odciągnąć się od zaciągania się nim.
-Ładnie pachniesz. –oznajmiłam zgodnie z prawdą.
-Ty też.
-Dziękuje.
Uniosłam się trochę i poprawiłam
mu okulary, które podczas naszego małego „wypadku” przesunęły się trochę. Przekonałam
się do niego. Jak na kujona jest fajny. Gdybym nie była w szkolnej elicie
mogłabym się w nim zakochać. To było trochę głupie, bo Marcel był świetnym
chłopakiem, a przez to, że w szkole każdy zna moje imię nie mogłam pokazać
nikomu, że go polubiłam. Cóż taka jest cena za popularność.
-Masz ładne oczy, wiesz.? Jak kotek. –uśmiechnęłam się do
niego i zdjęłam mu jego okulary.
Tak wyglądał o wiele lepiej. Bez tych grubych szkieł.
Czasami zdawało mi się, że dzięki nim odizolowuje się od świata.
Jego
policzki pokryły się szkarłatnym rumieńcem, to było słodkie. Zrobił się czerwony,
a w jego oczach zaczęły tańczyć iskierki szczęścia. Był uroczy jak… jak Marcel.
Nie umiałam tego inaczej określić. Potarłam swoim noskiem o jego, a ten szeroko
się uśmiechnął. Jego twarz był niebezpiecznie blisko mojej. Czułam jego gorący
oddech na sobie. Marcel przybliżył swoje usta bliżej moich. Nieśmiało musnął
je, a ja nieźle zdziwiłam się na ten gest.
Kiedyś ktoś
mówił mi, że m się podobam, ale nie brałam tego pod uwagę. Po co.? Kujonem się
we mnie bujał, a ja miałam jeszcze drążyć sprawę. Wydawało mi się to głupie,
myślałam, że to kolejny żart z ich strony, ale teraz widzę, że to prawda. Przecież
gdyby nic do mnie nie czuł to nie odważyłby się na taki gest. Sama z resztą nie
rozumiałam co się ze mną stało. Pozwoliłam mu się całować, a przecież to
Marcel.! Ten kujon, którego w pierwszej klasie moczyli w szkolnej toalecie.
Najwyraźniej
podobało mi się i to bardzo. Nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Oddałam
pieszczotę, moje ręce powędrowały gdzieś na jego rozgrzany policzek. Pogłębiłam
pocałunek. Rozchyliłam usta, pozwalając tym samym wtargnąć mu do środka. To
było tak niepoprawnie uroczę, przyjemne, cudowne… nie wiem jak to ująć. Odsunęliśmy
się od siebie dopiero po jakiejś dłuższej chwili. Chłopak podniósł się z
podłogi, musiałam zrobić to samo. Widziałam jaki był zmieszany. Ja sama nie
wiedziałam co mam zrobić. Chłopak natychmiast wybiegł z domu, pozostawiając ze
mną jego krótkie „Przepraszam.”
czwartek, 17 października 2013
#3 Marcel cz.1
Siedziałam w ławce tu za moją przyjaciółką Camill. Miejsce
obok niej było już zajęte, więc zostało mi tylko to. Na szczęście była to
ostatnia ławka. Miejsce, w którym czuję się cudownie. Nikt mi nie przeszkadza,
jestem jakby odizolowana od tej całej klasy. Pani Brown właśnie tłumaczyła
jakiś durny przykład ja wolałam inaczej zagospodarować ten czas. Słuchałam
muzyki na telefonie. Nawet nie udawałam, że lekcja mnie obchodzi. Miałam to
gdzieś.
-Lili, wytłumacz proszę co właśnie zrobiłam. –zażądała
wskazując na tablicę.
-Przerwała mi słuchanie mojej ulubionej piosenki. –
odpowiedziałam obojętnie.
-Możesz być choć trochę mniej bezczelna.? –spytała podchodząc
do mojej ławki
-Mogłaby pani trochę częściej myć żeby.?
Cała klasa wybuchła nieopanowanym śmiechem. Tylko ten kujon
z pierwszej ławki jeszcze bardziej docisnął się do zeszytu. Jak on miał.?
Marcin.? Nie to nie to. Z resztą po co mi jego imię.?! I tak nic nie znaczył w
tej szkole. Nikt go nie lubił, zero przyjaciół i jeszcze punkt kpin wielu osób.
Zostałam
jak zwykle odesłana do dyrektora. Ten znów nawijał mi o tym, że wylecę ze
szkoły jak się nie poprawię, groził naganą i jeszcze, że nie zdam. Stara
śpiewka. Zawsze gadał to samo, ale za każdym razem nic nie robił. Łysy cwaniak.
-Musisz się poprawić. I wiesz co, ja mam pomysł.
Prychnęłam. Jego kolejny głupi pomysł i tak z tego nic nie
wyjdzie, z żoną też mu nie wyszło. Miał setki planów, żadne nigdy nie ujrzały
światła dziennego. Zadzwonił do kogoś ze swojego służbowego telefonu.
Rozsiadłam się wygodniej na krześle i czekałam na wyjaśnienia.
-Pani Joley, poproszę do gabinetu Marcela Styles.
Marcel Styles.? Coś mi to mówi. Zmarszczyłam
brwi. Zaciekawiło mnie to. Po chwili drzwi się otworzyły, a do środka wszedł
nieśmiało ten kujon z pierwszej ławki. Zajął miejsce obok mnie, a ja zdążyłam
mu się dokładniej przyjrzeć. Błyszczące lakierki, spodnie od garnituru
zaciągnięte chyba po pępek, biała koszula idealnie wyprasowana w kancik,
kraciasta kamizelka, w której mi byłoby już gorąco, te grube szkła sklejone
taśmą i włosy, które były perfekcyjnie przylizane.
-Marcel, mam dla ciebie pewną propozycją.- zaczął dyrektor –
Mógłbyś udzielać korepetycji pannie Cramsfort.?
Nie mogłam w to uwierzyć. Korepetycje
u tego lizusa. Nigdy w życiu. Co ja nie mam planów po szkole.?! Jeszcze
czego.?! Nie zbłaźnię się chodząc do niego. On sobie ze mnie chyba żartował.
-Co.? –poderwałam się z miejsca. –Nigdy w życiu nie chcę
mieć z nim nic wspólnego, a już na pewno nie będę łazić do niego na jakieś
korepetycje.- wrzasnęłam na co Marcel spuścił wzrok i przysunął ręce bliżej
swojego ciała.
-Usiądź. –powiedział poważnie.
Wykonałam jego
polecenie i ponownie zasiadłam na swoim miejscu. Prychnęłam pod nosem. Marcel,
ja i korepetycje zapowiada się naprawdę ciekawie i jeszcze to podniecające ułamki.
Z nim mogę nawet dzielić przez zero. Uśmiechnęłam się pod nosem przez swoje
myśli.
-Więc, kiedy masz czas.? –dyrektor zwrócił się do Marcela.
-J-Ja mogę dziś o szesnastej. –zaproponował
-Świetnie. –klasnął w dłonie.
-Żartujesz sobie prawda.? Dziś jest piątek. Myślicie, że ja
nie mam nic do roboty.?
Facet za biurkiem po raz kolejny
mnie uspokoił. Skrzyżowałam ręce na piersiach i dalej przysłuchiwałam się jego
ględzeniu. Mówił coś, że ten idiota ma sprawdzać moją obecność i zdawać raporty
„Posłusznego Kujonka”, mężczyzna podał mi jego adres i zapisał coś w notatniku..
Spotkanie dobiegło końca, a ja szybko wyszłam z biura. Był już koniec lekcji,
więc bez przeszkód udałam się do domu. Wzięłam szybko prysznic i zjadłam obiad.
Zdążyłam zrobić tylko to, bo czas mnie poganiał. Ubrałam się i poszłam pod
wskazany adres.
Zapukałam kilkakrotnie do drzwi. Otworzył
mi Marcel. Pozbył się kraciastej kamizelki i rozpiął jeden guzik przy koszuli,
ale nadal wyglądał jak frajer. Jemu już chyba nic nie pomoże. Zaprosił mnie do
środka i pokierował na górę. Usiadłam na jeo dość wygodnym łóżku i czekałam na
niego. Pobiegł po coś na dół. Rozejrzałam się po pokoju. Wygląda tu całkiem
normalnie. Chłopak wrócił z dwoma szklankami jakiegoś napoju.
-Pomyślałem, że m-może chcesz. –znów się zająknął
-Ta dzięki. –odpowiedziałam bez jakiegokolwiek entuzjazmu i
chwyciłam szklankę.
Zamoczyłam wargi i szczęśliwym trafem stwierdziłam, że to
sok jabłkowy. Mój ulubiony.
Odstawiłam ją na biurko i wyjęłam
książkę. Otworzyłam ją na stronię, którą aktualnie przerabialiśmy. Marcel cały
czas stał nad mną jakby na coś czekał. Spojrzałam na niego, przyglądał mi się.
-Co ci jest.? –spytałam trochę skrępowana.
-Czy mógłbym t-tu usiąść.? –wskazał na miejsce obok mnie.
-Jasne…- zdziwiło mnie jego zachowanie. –To chyba twoje
łóżko.
Marcel usiadł obok mnie i od razu przeszedł do rzeczy. Spytał
w czym mam problem, ale to była matematyka, z czym ja tam nie mam problemu.?! Zaczęliśmy
od podstaw. Kazał mi otworzyć na algebrze. Próbowałam to znaleźć, ale przyznam
szczerze, nie za bardzo orientowałam się w podręczniku. Chłopak przewinął mi do
szukanej strony.
Nie wiem
czy się nie przewidziałam, ale chyba miał tatuaż na nadgarstku i to nie jeden. Oszalałam.
Przecież taki kujonem jak on nigdy w życiu nie zrobił by sobie tatuażu. Wygoniłam
myśli z głowy i zabraliśmy się za pracę. Nie było to takie trudne jak myślałam.
Dostałam od niego jeszcze parę zadań i nasza „współpraca” dobiegła końca. Spakowałam
się i już chciałam wyjść, ale jego mama stanęłam mi w drzwiach.
-Dzieci, przyniosłam wam kolację. –oznajmiła wesołym tonem
-Dziękuje, ale ja już wychodzę.
-Oj, zjesz. To nie zajmie długo.
Kobieta podała mi talerz jak i
Marcelowi. Ponownie musiałam zająć miejsce obok niego. Zwykle nie jadam
kolacji, ale mogę zrobić wyjątek. Na szczęście była to pizza. Z tego co
zauważyłam, domowej roboty. Jedliśmy ją w ciszy. Bardzo mi zasmakowała.
Spojrzałam na talerz Marcela, bo chciałam sprawdzić czy ma mniej czy więcej,
tak by nie wyjść na jakiegoś wygłodniałego potwora. Miał tyle samo co ja, ale
nie to zwróciło moją uwagę. Znów w oczy rzuciły mi się czarne plamki. Tym razem
zauważyłam jakiś napis. Ciekawość nie dała mi spokoju. Odsunęłam jego rękaw i
moim oczom ukazało się kilka tatuaży.
Chłopak
speszył się trochę i szybko wyrwał swoją rękę. Marcel Styles, ten poniżany
przez wszystkich uczniów kujonem z pierwszej ławki ma tatuaże.?! Może mi się to
przyśniło. Na pewno nie. Przecież kiedy brałam prysznic o mało nie poparzyłam się
gorącą wodą.
-Przepraszam. –wydusiłam.
-Ni-nic się nie stało.
-Dobra, ale czego ja jeszcze o tobie nie wiem.?
-Ale co byś chciała wiedzieć.?
-Nie wiem. –wzruszyłam ramionami - Dowiedziałam się, że masz
tatuaże, więc już nic mnie nie zaskoczy.
-Lubię koty i nawet mam jednego.
Nie koniecznie takich rzeczy
chciałam się dowiedzieć, ale jeżeli już się rozkręcił i zaczął o nim opowiadać
to czemu nie. Nawet się trochę pośmiałam kiedy szukając go pośliznął się na
dopiero co umytej podłodze w korytarzu i wywalił. Po tym jak się trochę
opanowałam próbowałam mu pomóc. Był od mnie cięższy i to spowodowało, że również
ja straciłam równowagę i wylądowałam głową prosto na jego brzuchu. Cała się
trzęsłam, bo nie mogłam opanować śmiechu. Marcel też zaczął się śmiać co było
do niego nie podobne.
-To twoja wina. –uśmiechnęłam się do niego kiedy w końcu
wstaliśmy.
-Tak, oczywiście, zrzuć wszystko na mnie. To ja byłem tak
uprzejmy, że chciałem ci pokazać swojego kota i na dodatek zamortyzowałem twój
wypadek swoim ciałem.
Jak na
Marcela to była bardzo długa wypowiedź, a ten się nawet nie zająknął. W końcu
się od stresował. Nie wiedziałam, że w jego towarzystwie choć raz się
uśmiechnę. Mój pobyt u niego trochę się przedłużył i wyszłam dopiero po
dwudziestej. Umówiliśmy się na korepetycję na jutro. On miał przyjść do mnie. Musiałam
odwołać kilka spraw, ale chodziło o moją „naukę”. Chyba go polubię.
-----> cz.2
-----> cz.2
piątek, 11 października 2013
#2 Harry Styles cz.4 (ostatnia)
Chłopak spojrzał na mnie
przestraszony i od razu złapał mnie za ręce. Nie mogłam w to uwierzyć, przecież
on mnie okłamał. Okłamał ją… wszystkich… Nawet nie miał odwagi ją założyć. W
tej chwili był dla mnie zwykłą świnią.
-Kochanie posłuchaj, to nie wyszło i…
Wymierzyłam mu siarczysty cios w policzek.
-Jesteś dla mnie nikim- powiedziałam po przez łzy.
-Poczekaj.
Ubrałam się szybko w rzeczy,
które znalazłam w jego pokoju i wybiegłam z domu nie zwracając uwagi na kogoś w
drzwiach. Słyszałam jeszcze jak mnie woła, ale teraz mnie to nie obchodziło.
Jak on mógł mnie tak okłamać.? Przecież ja zaufałam mu do tego stopnia… ja mu się oddałam. Dałam mu swoją niewinność,
a on.? On mnie okłamał, oszukał i w ogóle jak można zdradzić własną żonę. Chyba
się po cos przysięga, tak.?
-[t.i.] – jego mocna dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku.
–To nie tak…
-…jak myślisz.? –dokończyłam za niego –Zgadłam.?
-Nie rozumiesz, ja..
-Doskonale rozumiem. –przerwałam mu –Chciałeś zaliczyć jakąś
młodą pannę, ponieważ twojej żony nie było i trochę ci się nudziło.
-Nie. Ja jej nie kocham. –oznajmił na co ja głośno się
zaśmiałam
Jak można nie kochać własnej
żony. Nie no, on przebił wszystko. Wyrwałam mu się, rzucając na pożegnanie
„Odwal się”. Miałam szczęście, że nie musiałam czekać na autobus. Równo o
dziewiątej podjechał pod przystanek. Wsiadłam do niego. Harry stał jeszcze
niedaleko niego. Nie wiedziałam nad czym teraz myśli. Szczerze.? Miałam to
gdzieś. Nienawidziłam go w tym momencie.
Do domu wpadłam najszybciej jak
się dało. Bałam się, że on jedzie za mną i będzie chciał porozmawiać. Nie
chciałam tego. Już i tak doprowadził mnie do stanu, w którym najchętniej bym
się zabiła. Nie rozumiałam jednego. Jak on mógł.? Ma żonę, która go zapewne
kocha, a uwiódł inną dziewczynę. Dziewczynę, która bezgranicznie mu zaufała.
Skrzywdził mnie bardziej niż ktokolwiek kiedykolwiek. Szybkim krokiem udałam
się do pokoju tak by rodzice nie mogli mnie zobaczyć. Wstrętny idiota. Brzydzę
się nim. Rozebrałam się szybko i wskoczyłam pod prysznic. Chciałam to z siebie
zmyć. Jego zapach, jego dotyk… wszystko. Chciałam zapomnieć.
Nie wiem ile tam siedziałam. To
nic nie dawało. Butelka żelu pod prysznic zmarnowana, a ja… a ja nadal czuję
się brudna. Nie wiedziałam co mam roić. Moje gorące od wody ciało oparło się o
zimne kafelki. Osunęłam się na dół. Z moich oczu wypłynęły rzeki łez, które
spływały po moim nagim ciele. Zwinęłam się w kłębek i czekałam aż to minie, aż
nie będzie tych wspomnień.
***
Weszłam
właśnie do budynku, którego teraz znienawidziłam. Postanowiła iść do szkoły.
Rodzice zorientowaliby się, ze coś jest nie tak i dopytywali. Znając mnie
wydałabym się z tym wszystkim. Nie chciałam żeby cała szkoła wiedziała o tamtej
nocy. Niechętnie podeszłam pod drzwi jednej z klas. Usiadłam na ziemi i
przyglądałam się ucznia. Wszyscy byli tacy szczęśliwi. Nie rozumiałam jednego.
Praktycznie każdy był taki sam. Dlaczego, więc ja.? Co mu zrobiłam.? Zauważyłam
go. Wchodził akurat do szkoły. Na szczęście innym wejściem. Była nadzieja, że
mnie nie widział. Próbowałam mu zniknąć. Chwyciłam moją torbę i próbowałam
przejść na pierwsze piętro.
-Lili. –jego dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku. Tak jak
wtedy. Odgoniłam szybko myśli zęby nie zacząć płakać
-Słucham.? –odparłam zachowują dystans między nauczycielem i
uczniem
Chłopak otworzył swoją aktówkę i wyciągnął z niego jakiś
papier.
-Chciałem ci to pokazać, ale mi uciekłaś i nie dałaś szansy
–uśmiechnął się do mnie z nadzieją.
Wzięłam go do ręki i to co
przeczytałam było dla mnie zupełnym zaskoczeniem. Pozew rozwodowy. Złożony
jakiś miesiąc temu. Czyli jeszcze przed tym wszystkim. Oddałam go mu nie mając ochoty
czytać go dalej.
-Zdradzała mnie.. –wyjawił
-Cicho. –powiedziałam tak żeby tylko on mógł usłyszeć.
-Nie chcę być cicho. Lili ja cię kocham. –jego miękkie wargi
przylgnęły do moich
Momentalnie w szkole powstał jeden wielki gwar. Każdy cos szeptał
sobie, a przez ilość uczniów naprawdę zrobiło się głośno. Harry przyciągnął mnie
do siebie jeszcze bliżej, a ja wplotłam mu dłoń w miękkie loki. Poczułam jak językiem
gładzi mi podniebienie. Czułam się jak wtedy. Jeszcze przed tą całą akcją.
-Panie Styles- usłyszeliśmy za sobą basowy wrzask.
No nie Pan Smith. Dyrektor szkoły.
To po nas. Harry na pewno straci pracę, a ja wylecę ze szkoły. Romans z nauczycielem.
Brawo, w cos ty się wpakowała, ale jak mówią „Serce nie sługa.”
-Co to ma znaczyć.?! –krzyknął sprawiając, że się przestraszyłam
–Oboje wylecicie.! Jak pan może, przecież…
-Przepraszam. –bezczelnie mu przewał –Ja złożyłem wypowiedzenie-
mina łysego faceta zrzedła. –Wczoraj o 14. Nie było pana, a sekretarka powiedziała,
że przekaże. A teraz przepraszam. Chciałbym odprowadzić swoją dziewczynę pod klasę.
Jeśli można…
środa, 9 października 2013
#2 Harry Styles cz.3 +18
Wyjęłam
książkę od matematyki, którą Pan Styles kazał mi przynieść na poprzedniej
lekcji. Z każdym dniem Pan Styles wydawał mi się coraz milszy. Nadal uważałam
go za snoba i za taniego Playboya, ale widać, ze się stara. Otworzyłam ją na
stronie dwudziestej trzeciej tak jak polecił. Mężczyzna właśnie wychodził z
kuchni z herbatą. Podał mi ja, a ja upiłam łyk gorącej cieczy i odstawiłam ją
na stolik.
-To jak zaczynamy.? –spytał pocierając ręce.
-Chyba po to tu jestem.
-No tak.
Korepetytor właśnie zaczął mi tłumaczyć na czy polega omawiany
dziś temat. Robiłam wcześniej już kilka zadań by Pan Styles mógł sprawdzić czy
zrozumiałam na czym on polegał, więc nasze spotkanie było już tak jakby w
środku.
Po tym jak
omówiliśmy temat zaczęłam zadania. Powiem szczerze kiedy on to mówił wydawało
się jakieś takie prostsze. Może to dla tego, że byliśmy sami i cała jego uwaga
skupiała się na mnie i moich błędach z niezrozumieniem jakiejś części. Zadania
wykonałam szybko także mogłam wyjść już do domu. Zaczęłam się pakować jednak
Pan Styles zatrzymał mnie. Odwróciłam do niego twarz przerywając wcześniejszą
czynność.
-Tak.?
-Wiesz nie dopiłaś herbaty. –zauważył –Może przyniosę
ciasto. Mama mi niedawno przywiozła i…
-Nie trzeba- przerwałam mu
-Nie wstydź się. Zaraz ci przyniosę. Zjemy sobie, a później cię
odwiozę.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć on już był w kuchni.
Nawet nie dał mi szansy na wypowiedzenie się. Korepetytor wrócił po kilku
minutach z ciastem. Podał mi talerzyk i mały widelec i na łożył ciasta. Sobie
wziął taki sam kawałek. Od razu zabrał się za jedzenie. Ja także spróbowałam.
Mogę jasno stwierdzić, że już kocham jego mamę. To była normalna czekoladowa
pychota. Kawałek szybko znikł z jego talerza jak i mojego. Nie było na co
czekać.
-Może jeszcze.?
-Nie dziękuje, ja już chyba pójdę.
-Odwiozę cię.
-Niech się pan nie tru….
-Harry. –mężczyzna wyciągnął do mnie prawą dłoń.
Zawahałam
się. W końcu to mój nauczyciel. Bądź co bądź powinien budzić respekt. Jakby to
wyglądało w oczach innych.? Sama Elizabeth po tym jak dał mi kwiaty na przeprosiny
oszalała, a reszta.? Wolę nie myśleć co oni teraz o nas myślą.
-Ja nie wiem czy to dobry pomysł.
-Zróbmy tak na zajęciach jestem Pan Styles, poza szkołą
Harry. –zaproponował
Chwyciłam jego dłoń. Tak mogło być. O ile nie rozniesie się
to po szkole to jest dobrze.
***trzy miesiące później
Od tamtego
dnia jakoś zbliżyłam się d Harryego. Stał się mi bardziej bliski. Jesteśmy
teraz jak dobrzy przyjaciele, a nie jak nauczyciel, uczeń. Przychodziłam do
niego jeszcze częściej. Spotykaliśmy się nawet po za korepetycjami. Chodziliśmy
na taco, na lody, do parku… takie normalne wyjścia. Zawsze musieliśmy jechać
gdzieś dalej żeby nie widział nas nikt ze szkoły. Nie wiedziałam, ze stanie mi
się on tak bliski. Czułam się jakbym znała go całe lata.
Właśnie
wchodziłam do budynku szkoły. Zauważyłam go przy schodach, pełnił dyżur na
korytarzu. Uśmiechnęłam się chcąc, nie chcąc. Ruszyłam na górę do Sali 103
gdzie odbywała się właśnie matematyka, później z koleżanką zeszłyśmy na dół by
wyjść na dziedziniec.
-To jak w piątek jedziesz z nami do kina.? –zapytała
Elizabeth.
Bardzo chciałam jechać na ten film. Ponoć był świetny.
Przypomniało mi się, że umówiłam się z Harrym na robienie spaghetti. Musiałam
odmówić. Wolałam spotkać się z nim. Było to dziwne, bo El była moją najlepszą
przyjaciółką od przeczkola, a teraz wolę spotkac się z nauczycielem.
-Sorki nie mogę.
-Dlaczego.?
-Jadę z mamą do babci.
-Nie możesz się z tego jakoś wykręcić.?
-Nie. Przepraszam. –wykręciłam się szybko.
Usiadłyśmy
na fontannie gdzie aktualnie przebywała jeszcze Gretta. Uczennica klasy wyżej.
Była ona przewodniczącą szkoły. Jedyny rudzielec w szkole. Mimo to była bardzo
ładna. Elizabeth zaczęła mi opowiadać śmieszną historię o tym jak kot podrapał
i ugryzł jej babcie. Nawet nie
wiedziałam, że koty gryzą, a ty proszę.! Człowiek uczy się całe życie.
Usłyszałam ciche szepty i śmiechy. Uniosłam głowę i spostrzegłam, że połowa
szkoły patrzy teraz w moja stronę. Każdy miał na ustach głupi uśmieszek.
Najgłośniejszy i najbardziej rozbawiony był chyba David, szkolny podrywacz.
Mówiono, ze zaliczył większość dziewczyn w tej szkole. Zaczął podążać w naszą
stronę. Usiadł obok mnie.
-Lili, mógłbym się umówić na wizytę. Zapłacę z góry.
Nie wiedziałam o co mu chodzi. Elizabeth też patrzała na
niego jak na idiotę. O co mogło mu znowu chodzić.
-Nie rozumiem.
Chłopak wyciągnął jakąś pogięta karteczkę z kieszeni. Podał
mi ją do rąk, a ja szybko ją odwinęłam.
Nie mogłam uwierzyć w to co
widzę. Było tam jakieś moje przerobione zdjęcie i oferta, że się sprzedam. Nie
wiem kto to mógł zrobić, ale jest cholernym dupkiem. Właściwie jedna osoba
przychodziła mi do głowy. Podła idiotka. Łzy napłynęły mi do oczy.
Powstrzymałam je szybko mrugając. Zawsze robili mi jakieś dowcipy z powodu
tego, że jeszcze ego nie robiłam, ale to już jest przegięcie. Zawinęłam to w
kulkę i wyrzuciłam za siebie.
-To jak. Jutro mogę przyjść.?
Gorąca ręka
Davida powędrowała ku górze. Sprytnie wślizgnęła się pod bluzkę i kierowała się
w stronę stanika. Nie wytrzymałam. To było okropne. Czułam jak już sobie to
wszystko wyobraża… Uciekłam stamtąd. Nie zważałam na śmiechy uczniów czy na
głupie komentarze tego zboka. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu.
Przebiegłam przez dziedziniec i wpadłam zapłakana do szkoły. Od razu ruszyłam w
stronę drzwi jednak cos mnie zatrzymało. Mianowicie ręka Loczka. Mężczyzna
złapał mnie za nadgarstek i nie chciał puścić.
-Lili.. –zaczął łagodnie.
Nie słuchałam go. Wyrwałam się i wybiegłam z budynku. Curly
nie dawał za wygraną pobiegł za mną i dopadł mnie na parkingu. Był co najmniej
uporczywy.
-Co się stało.?
-Oni są okropni. –wtuliłam się w gorące ciało mężczyzny i
rozpłakała jeszcze gorzej.
Nie
zważałam teraz na to czy ktoś mnie widzi. Było mi to potrzebne. Jak cholera.
Musiałam to zrobić. On mnie po prostu uspokajał samym dotykiem, obecnością…
sobą.
-Posłuchaj ja muszę wrócić do szkoły, ale zamówię ci taxi i
pojedziesz do mnie. Rodzice nie mogę wiedzieć, że nie ma cię w domu. Gdyby coś
było nie tak zadzwoń. Później porozmawiamy.
Skinęłam głową. Nic więcej mi nie było potrzebne, tylko ciepła rozmowa z
Loczkiem. Znów skryłam się w jego ciepłych ramionach i zaciągnęłam się jego
zapachem. Te perfumy były obłędne. Jak cały on. Wydawało mi się, ze wybiera
tylko te rzeczy tak dobre jak on. Curly wyciągnął telefon i zamówił mi taxi i
dał klucze do swojego mieszkania
Chłopak
musiał wrócić do pracy. Rozumiem. Nie mógł tak wszystkiego zostawić i mnie
pocieszać. Nawet go o to nie prosiłam. Obiecał, ze porozmawia ze mną później.
Zaufał mi już na tyle by dać kluczę do swojego domu. Dawał mi już je prędzej gdy jechał na parę
dni do rodziny. Musiałam wtedy zaopiekować się jego kotem i podlać kwiaty.
Jeśli było zimno to pilnować by temperatura w piecu nie spadła.
Samochód
przyjechał po kilku minutach. Wsiadłam do niego i podałam adres. Zawiozła mnie
tam bardzo szybko. Jeszcze nie było korków, więc nie musiałam nudzić się
godzinami w aucie. Tak jest w Londynie. Drogę, którą pokonasz normalnie w
dziesięć minut, tu o piętnastej pokonujesz w kilka godzin. Zapłaciłam mu
należność i weszłam do domu Harryego. Jak zwykle mały kociak zbiegł na
powitanie . Wzięłam go na ręce i rozsiadłam się na białej sofię.
-Ale ty mnie lubisz, prawda.? –zapytałam jakbym miała
otrzymać odpowiedź
Kociak zamruczał i potarł główką o moją rękę. Kochana
przylepka.
Godziny
mijały dość mizernie. Jakby wskazówki zatrzymały się. Żółwie tępo. W końcu
wybiła ta pożądana piętnasta. Chłopak powinien być w domu już jakieś półgodziny
jak nie godzinę, ale rozumiem korki. Usłyszałam jak drzwi się otwierają, a w
progu staje Loczek. Rzucił swoją aktówkę gdzieś w kąt salonu i podszedł do
mnie. Pogłaskał kociaka i spojrzał na mnie. Jego oczy były takie przenikliwe
jakby dzięki nim widział co mnie boli.
-Powiesz o co chodziło.? –przerwał niezręczną ciszę.
-Jakbyś nie wiedział. I tak pewnie widziałeś już te
wszystkie zdjęcia. –burknęłam i drapnęłam kota za uchem
Znów zapadła ta denerwująca
cisza. Nie miałam odwagi jej przerwać. Nawet nie chciałam. Nie lubiłam
opowiadać o tym jak to bardzo jestem biedna. W rzeczywistości nie byłam. Paru chłopaków w szkole naśmiewało
się ze mnie, że jeszcze tego nie robiłam. Co prawda dołącza się do nich parę
osób, ale to sporadycznie. Od pewnego czasu zaczęło mi to już doskwierać ich
żarty stały się jeszcze gorsze niż normalnie.
-Dawno ci już tak dokuczają.?
-Czy ja wiem.? Od pewnej imprezy, graliśmy w butelkę i im o
tym powiedziałam. Wtedy to się zaczęło. –oznajmiłam na jednym wdechu
-Czegoś tu nie rozumiem. –westchnął przybliżając się do mnie
–Jak to możliwe, że taka dziewczyna jak ty jeszcze tego nie robiła.?
Uśmiechnął się do mnie tym
zniewalającym uśmiechem i odgarnął mi jeden kosmyk za ucho.. Przez chwilę nawet
mi się podobało, ale później mój rozum dał o sobie znać. Lekko odepchnęłam jego
rękę i odwróciłam wzrok. Jego ciało zbliżyło się do mnie jeszcze bardziej, a
ręka wylądowała na udzie.
-Lili…
-Daruj sobie. Proszę, tylko nie ty. Zaczniesz mi gadać takie
rzeczy w oczekiwaniu, że będę twoja zabawką na jedną noc i zniknę.
Nie chcę tego. Po prostu nie potrafię pojąć jak chodząca
perfekcja nie znalazła sobie faceta.
Strzepnęłam jego rękę z mojej
nogi i odsunęłam od niego. Brawo jeszcze on.! Miałam go za przyjaciela, a teraz
stracę jeszcze jego. Nie potrafiłabym do niego przychodzić wiedząc, że chce
mnie zaliczyć. Może podobał mi się trochę…. Trochę mocno, ale nie pozwolę mu na
to.
-Nie chcę byś była zabawką na jedną noc. Znaczysz dla mnie o
wiele więcej. – szepnął odsuwając się od mnie.
Zdziwiłam się na jego słowa. Mimo iż wiedziałam, ze mogą być
nieprawdziwe i niezgodne z jego uczuciami wywarły na mnie ogromne wrażenie. Nie
każdy umie powiedzieć coś takiego. Nawet jeśli to kłamstwo.
-Przestań. –syknęłam zaciskając powieki.
-Ale jak.? Jeszcze nie nauczyłem się przestać kochać. Nawet
jeśli bym umiał to nie chciałbym tego zrobić. Przy tobie czuję się jakoś…
-Stop.!- przerwałam mu podnosząc się z sofy.
Odeszłam na
parę kroków i podparłam się o ścianę. Doprowadzał mnie do białej gorączki.
Czego on nie rozumiał.?! Ja się na to nie nabiorę. Szkoła mnie tego nauczyła i
ci wredni idioci, a on teraz będzie mi wmawiał, że mnie kocha.
-Lili, posłuchaj i choć raz mi nie przerywaj. –podszedł do
mnie. Nabrałam powietrza i głośno je wypuściłam. –Gdybym chciał cię tylko
zaliczyć nie starałbym się tak. Równie dobrze mógłby pójść do Roxy i ją
przelecieć, ale mi zależy na tobie.
Mówił
prawdę. Roxy to była najgłupsza dziewczyna z naszej klasy. Dałaby każdemu i
każdy to wiedział. Nie raz moi przyjaciele chwalili mi się co z nią robili.
Jeśli ja nie chcę i dobitnie mu to pokazuję to w końcu zostawiłby mnie w
spokoju bo zaliczenie nie jest warte tego wszystkiego. Chłopak zbliżył się do
mnie, a jego ręka znalazła się na moich biodrach przyciągając mnie do siebie.
Jego ciepłe wargi momentalnie znalazły się na moich. Był delikatny, ale
wiedział czego chciał. Mimo iż mu uległam to z każdą chwilą jego uścisk rósł w
siłach jakby bał się, że mu ucieknę. Odsunął się na chwilę od mnie i spojrzał
mi w oczy. Miałam ochotę złapać go i wpić się w jego malinowe usta. Wyprzedził
mnie.
Wrażliwie
musnął je by później przejść do czegoś głębszego.
Rozchyliłam usta pozwalają mu wtargnąć do środka. Wplotłam swoje palce w
miękkie loki chłopaka i pogłębiłam pocałunek. Straciłam równowagę i razem
przewróciliśmy się na ścianę. Loczek cały czas trzymał mnie jedną ręką, a drugą
podparł się ściany nie przerywając tego co było pomiędzy nami.
-Chodź.
Curly posłusznie wykonał moje
polecenie. Pociągnęłam go za nadgarstek w stronę sypialni. Doskonale wiedziałam
gdzie się znajduję. Byłam tu setki razy. Często prosił bym coś z niej
przyniosła. Znów wróciłam do Hazzy. Ciepłe dłonie Harryego wtargnęły pod moją
koszulkę drażniąc skórę. Złapał za kraniec materiału i ściągnął mi ją przez
głowę. Nawet nie widziałam gdzie poleciała. Nie przejmowałam się tym. Nie chcąc
być gorsza. Rozpięłam koszulkę mężczyzny. Było to łatwe gdyż kraciasta koszula
miała już wyrobione dziurki, a pierwsze trzy, rozpięte guziki jeszcze ułatwiły
mi sprawę.
Duża dłoń chłopaka znalazła się
na moich udach. Podniósł mnie do góry i zaniósł na łóżko. Hazz zrzucił z siebie
materiał, który przed chwilą rozpięłam i z gracją dorównującą kotu podszedł do
mnie. Jego ciężkie ciało zawisło nad
moim. Nie mogłam nacieszyć się widokiem jego torsu. Był taki… taki idealny.
Jeździłam po nim rękoma wyczuwając każde najdrobniejsze wgłębienie czy
wypukłość. Loczek zaczął obdarowywać moją szyje pocałunkami w między czasie
rozpinając mi spodenki. Niewiarygodne jak szybko mu to poszło. Uniosłam biodra
by pomóc mu w ściągnięciu ich. One także poleciały gdzieś w kąt pokoju.
Ja oczywiście miałam z tym lekkie
problemy, bo pasek chłopaka jak na złość się zaciął. Usłyszałam ciche śmiechy
Harryego. Nie wiedziałam, ze to aż takie zabawne. Podniósł się i samodzielnie
ściągnął spodnie. Zobaczyłam, że w bokserkach tworzy mu się już sporych
rozmiarów wybrzuszenie. Momentalnie moje policzki pokryły się czerwienią.
-Jest jeszcze sporo rzeczy, których będę musiał cię nauczyć-
zachichotał.
Chłopak złapał za gumkę od swoich bokserek i już miał je
pociągnąć w dół, ale zatrzymał się i spojrzał na mnie.
Odwróciłam
szybko wzrok i teraz widziałam jego uśmieszek i iskierki w oczach. Dłoń
chłopaka chwyciłam moją i przyłożyła ją do swojego przyrodzenia. Odruchowo
spojrzałam w tamtą stronę. Gorąca ręką chłopaka ścisnęła moją co sprawiło, ze
jego kolega także został dotknięty. Delikatnie jeździł nią po nim. W końcu
skierował moją dłoń do bokserek. Spojrzałam w jego oczy. Patrzał na mnie
wyczekująca. Nie wiedziałam co mam robić. Pierwszy raz widzę… no znaczy dotykam
„kawałek” mężczyzny.
Chyba
zauważył to, bo po chwili ściągnął kawałek tkaniny, która opadła mu do kolan.
Nie wierzyłam w to co widzę. Przed mną stał…a raczej klęczał nagi mężczyzna, na
jego twarzy widać było niegrzeczny uśmieszek, a ja… ja trzymałam w ręku jego
spore przyrodzenie. Myślałam, ze tylko czarnoskórzy są w stanie mieć takie, a
ty proszę…i to jeszcze u mojego nauczyciela.
Zrobiło mi
się gorąco. Temperatura mojego ciała podskoczyła. Na twarzy poczułam drobne
mrowienia. Nie potrafię tego opisać. Nie zwracałam teraz uwagi na nic. Nie
przejmowałam się, że to mój nauczyciel, że rodzice mogą mnie szukać, że ktoś
może nas przyłapać, bo prawdopodobnie on nie nakluczył drzwi… ni… liczył się
tylko on.
Przejechałam
dłonią po całej jego długości, a on odchylił głowę do tyłu. Ponownie wykonałam
czynność uważnie przyglądając się jego reakcji. Chłopak zacisnął powieki kiedy
przyśpieszyłam swoją pracę.
-Chodź tu. –złapał mnie za ramię i przyciągnął do siebie.
Harry ułożył się na łóżku, a ja cmoknęłam go w usta.
Spojrzał na mnie tym swoim wzrokiem i wiedziałam co robić. Zeszłam niżej by
mieć lepszy dostęp.
-Jeśli nie chcesz to nie musisz.
Pokręciłam głową. Chciałam tego. Nie wiem czemu, ale to było
moje marzenie w tej chwili. Nigdy o tym tak nie myślałam. Zawsze wydawało mi
się to ohydę, ale teraz… było zupełnie inaczej. Kiedy to był on mogłam zrobić
wszystko.
Ucałowałam
go i zassałam czubek jego kolegi. Zamknęłam oczy i przejechałam po nim
językiem. Kiedy jego kolega całkiem znikł w moich ustach musiałam zignorować
odruch krztuszenia się. Poruszałam rytmicznie głową. Najpierw powoli. Musiałam
przyzwyczaić się do dziwnego uczucia. Z każdą chwilą jednak przyśpieszałam.
Musiałam pomóc sobie ręką, bo nie byłam w stanie wziąć go całego do buzi w tak
szybki tempie. Spojrzałam na chłopaka. Rozchylił usta i nabrał głośno powietrza
by później wypuścić je jako jęk. Wplótł dłonie w moje włosy i sam nadawał mi
tępo pracy. Po pokoju roznosiły się jęki chłopaka. Zaczął poruszać biodrami w
takim samym czasie co rękoma. Moje ręce położyłam na jego udach by wybrać jakąś
lepszą pozycję. Poczułam jak jego członek drży, a moje usta wypełniają się
ciepłą cieczą. Chłopak krzyknął na to zdarzenie. Przycisnął moją głowę do
siebie, a kiedy upewnił się, ze połknęłam wszystko puścił i przyciągnął do
siebie.
Obrócił nas
tak, że to teraz ja byłam pod nim. Jedną ręką rozpiął mi stanik i wyrzucił go
gdzieś za siebie. Ustami zjechał do moich piersi. Całował każdy ich skrawek.
Zaczął przygryzać sutki na co ja cicho jęknęłam. Drugą dłonią pozbył się
ostatniej części mojej garderoby. Poczułam jak gładzi wewnętrzną stronę ud.
Rozchylił je delikatnie robiąc sobie miejsce pomiędzy. Główka jego członka
otarła się o moje wejście, a on widząc moją reakcje uśmiechnął się szeroko.
-Na pewno tego chcesz.?- szepnął muskając płatek mojego
ucha.
-Bardzo.
Sięgnął po
coś do szafki nocnej. Wyciągnął z niej małą paczuszkę. Otworzył to i wyciągnął
prezerwatywę. Założył ją w mgnieniu oka. Ponownie ułożył się na mnie
podpierając się jedną ręką odciążając mnie tym samym. Chłopak przyłożył swojego
penisa do mojego wejścia i wpił się w moje usta.
Zaczął na
mnie napierać. Robił to powoli jednak w końcu natrafił na przeszkodę i musiał
dołożyć trochę siły. Pchnął mocno, a ja poczułam jak ból rozchodzi się po całym
moim ciele. To było okropne, ale wartę chwili. Poruszał się najpierw
delikatnie. Ból powoli znikał, ja
rozluźniłam napięte mięśnie. Chłopak z czasem zaczął przyśpieszać, a widząc
moje zadowolenie nie ograniczał się w tym co robił.
Jego ruchy
wprawiały mnie w obłęd. Nie wiem jak szybko się ruszał, ale z każdym pchnięciem
napinał się tak, ze mogłam dostrzec każdy jego mięsień. Wbiłam mu paznokcie w
plecy i przejechałam po linii kręgosłupa. To było tak niepoprawnie
przyjemne.. Nie kontrolowałam się. Nie
mogłam przestać jęczeć. Gdyby wiedziała, ze to tak przyjemne już pierwszego
dnia załapała bym tego idiotę i zgwałciła w kantorku woźnego. Całe
pomieszczenie wypełniło się naszymi jękami. Łóżko skrzypiało pod naszym
ciężarem, a sapania chłopaka wprawiały mnie w obłęd. Wszystko łączyło się w
jedną harmonię. Chłopak złapał za moją nogę i położył ją gdzieś na swoim
biodrze. Przytrzymał ją tam gdyż sama nie mogłam jej utrzymać. Moje ciało było
jakby z gąbki.
Nie
wiedziałam co się ze mną dzieje. Harry przyśpieszył jeszcze bardziej. Jęki
chłopaka, które trafiały wprost do mojego ucha jeszcze bardziej potęgowało
przyjemne uczucie.
-Harry. –pisnęłam
-Poczekaj… chwilkę- wysapał na co ja skinęłam głową.
Nie wiedziałam czy wytrzymam. Obiecałam mu, więc spięłam
swoje wszystkie mięśnie nie dopuszczając by ekstaza objęła całe moje
ciało. W końcu nadszedł ten moment. Nie
wiedziała co się ze mną dzieje. Wygięłam się w łuk i krzyknęłam imię chłopaka,
który sprawiał mi tyle przyjemności. On także wykonał ostatnie pchnięcia, które
były znacznie mocniejsze od poprzednich i tak samo jak ja krzyknął na całą dzielnice.
Byłam pewna, ze sąsiedzi dobrze usłyszeli kto jest w domu.
Hazz opadł zmęczony
na miejsce obok. Wtuliłam się w jego rozgrzane ciało i próbowałam unormować oddech.
Nie było to łatwe. Kiedy w końcu mi się udało zacisnęłam powieki by ogarnąć to wszystko
we własnym umyślę.
-Kocham cię, wiesz.? –wysapał Harry
-Ja ciebie też. –cmoknęłam go w linię szczęki.
Wszystko byłoby
dobrze gdyby ktoś nie przerwał tej całej sielanki. Po domu rozniósł się odgłos pukania
i dzwonka. Nie wiem kto to był, ale zapewne słyszał całe te zajście. Harry długo
nie myśląc podniósł się do pozycji siedzącej i rozejrzał się po pomieszczeniu.
-Lili, podasz mi bokserki.? –spytał wskazują na szafkę nocną.
Otworzyłam ją i wyjęłam jedną parę w różowe kotki. Moją uwagę
jednak nie przykuły dziwne wzorki, ale coś innego. Sięgnęłam po błyszczącą rzecz
i przekręciłam ją kilka razy w palcach. W oczach zaświecił mi się jakiś napis. „Natalia
26.06.2015”
Nie mogłam w to uwierzyć, przecież to było jakieś kilka miesięcy
temu. Nie wiem może pół roku.
-Harry.. –wydukałam i pokazałam mu obrączkę
Chłopak spojrzał na mnie przestraszony
i od razu złapał mnie za ręce. Nie mogłam w to uwierzyć, przecież on mnie okłamał.
Okłamał ją… wszystkich… Nawet nie miał odwagi ją założyć. W tej chwili był dla mnie
zwykłą świnią.
-Kochanie posłuchaj, to nie wyszło i…
Wymierzyłam mu siarczysty cios w policzek.
-Jesteś dla mnie nikim- powiedziałam po przez łzy.
-Poczekaj.
Ubrałam się szybko w rzeczy, które znalazłam w jego pokoju i
wybiegłam z domu nie zwracając uwagi na kogoś w drzwiach. Słyszałam jeszcze jak
mnie woła, ale teraz mnie to nie obchodziło. Jak on mógł mnie tak okłamać.? Przecież
ja zaufałam mu do tego stopnia… ja mu się
oddałam. Dałam mu swoją niewinność, a on.?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
