czwartek, 17 października 2013

#3 Marcel cz.1



               Siedziałam w ławce tu za moją przyjaciółką Camill. Miejsce obok niej było już zajęte, więc zostało mi tylko to. Na szczęście była to ostatnia ławka. Miejsce, w którym czuję się cudownie. Nikt mi nie przeszkadza, jestem jakby odizolowana od tej całej klasy. Pani Brown właśnie tłumaczyła jakiś durny przykład ja wolałam inaczej zagospodarować ten czas. Słuchałam muzyki na telefonie. Nawet nie udawałam, że lekcja mnie obchodzi. Miałam to gdzieś.
-Lili, wytłumacz proszę co właśnie zrobiłam. –zażądała wskazując na tablicę.
-Przerwała mi słuchanie mojej ulubionej piosenki. – odpowiedziałam obojętnie.
-Możesz być choć trochę mniej bezczelna.? –spytała podchodząc do mojej ławki
-Mogłaby pani trochę częściej myć żeby.?
Cała klasa wybuchła nieopanowanym śmiechem. Tylko ten kujon z pierwszej ławki jeszcze bardziej docisnął się do zeszytu. Jak on miał.? Marcin.? Nie to nie to. Z resztą po co mi jego imię.?! I tak nic nie znaczył w tej szkole. Nikt go nie lubił, zero przyjaciół i jeszcze punkt kpin wielu osób.
            Zostałam jak zwykle odesłana do dyrektora. Ten znów nawijał mi o tym, że wylecę ze szkoły jak się nie poprawię, groził naganą i jeszcze, że nie zdam. Stara śpiewka. Zawsze gadał to samo, ale za każdym razem nic nie robił. Łysy cwaniak.
-Musisz się poprawić. I wiesz co, ja mam pomysł.
Prychnęłam. Jego kolejny głupi pomysł i tak z tego nic nie wyjdzie, z żoną też mu nie wyszło. Miał setki planów, żadne nigdy nie ujrzały światła dziennego. Zadzwonił do kogoś ze swojego służbowego telefonu. Rozsiadłam się wygodniej na krześle i czekałam na wyjaśnienia.
-Pani Joley, poproszę do gabinetu Marcela Styles.
Marcel Styles.? Coś mi to mówi. Zmarszczyłam brwi. Zaciekawiło mnie to. Po chwili drzwi się otworzyły, a do środka wszedł nieśmiało ten kujon z pierwszej ławki. Zajął miejsce obok mnie, a ja zdążyłam mu się dokładniej przyjrzeć. Błyszczące lakierki, spodnie od garnituru zaciągnięte chyba po pępek, biała koszula idealnie wyprasowana w kancik, kraciasta kamizelka, w której mi byłoby już gorąco, te grube szkła sklejone taśmą i włosy, które były perfekcyjnie przylizane.
-Marcel, mam dla ciebie pewną propozycją.- zaczął dyrektor – Mógłbyś udzielać korepetycji pannie Cramsfort.?
Nie mogłam w to uwierzyć. Korepetycje u tego lizusa. Nigdy w życiu. Co ja nie mam planów po szkole.?! Jeszcze czego.?! Nie zbłaźnię się chodząc do niego. On sobie ze mnie chyba żartował.
-Co.? –poderwałam się z miejsca. –Nigdy w życiu nie chcę mieć z nim nic wspólnego, a już na pewno nie będę łazić do niego na jakieś korepetycje.- wrzasnęłam na co Marcel spuścił wzrok i przysunął ręce bliżej swojego ciała.
-Usiądź. –powiedział poważnie.
            Wykonałam jego polecenie i ponownie zasiadłam na swoim miejscu. Prychnęłam pod nosem. Marcel, ja i korepetycje zapowiada się naprawdę ciekawie i jeszcze to podniecające ułamki. Z nim mogę nawet dzielić przez zero. Uśmiechnęłam się pod nosem przez swoje myśli.
-Więc, kiedy masz czas.? –dyrektor zwrócił się do Marcela.
-J-Ja mogę dziś o szesnastej. –zaproponował
-Świetnie. –klasnął w dłonie.
-Żartujesz sobie prawda.? Dziś jest piątek. Myślicie, że ja nie mam nic do roboty.?
Facet za biurkiem po raz kolejny mnie uspokoił. Skrzyżowałam ręce na piersiach i dalej przysłuchiwałam się jego ględzeniu. Mówił coś, że ten idiota ma sprawdzać moją obecność i zdawać raporty „Posłusznego Kujonka”, mężczyzna podał mi jego adres i zapisał coś w notatniku.. Spotkanie dobiegło końca, a ja szybko wyszłam z biura. Był już koniec lekcji, więc bez przeszkód udałam się do domu. Wzięłam szybko prysznic i zjadłam obiad. Zdążyłam zrobić tylko to, bo czas mnie poganiał. Ubrałam się i poszłam pod wskazany adres.
Zapukałam kilkakrotnie do drzwi. Otworzył mi Marcel. Pozbył się kraciastej kamizelki i rozpiął jeden guzik przy koszuli, ale nadal wyglądał jak frajer. Jemu już chyba nic nie pomoże. Zaprosił mnie do środka i pokierował na górę. Usiadłam na jeo dość wygodnym łóżku i czekałam na niego. Pobiegł po coś na dół. Rozejrzałam się po pokoju. Wygląda tu całkiem normalnie. Chłopak wrócił z dwoma szklankami jakiegoś napoju.
-Pomyślałem, że m-może chcesz. –znów się zająknął
-Ta dzięki. –odpowiedziałam bez jakiegokolwiek entuzjazmu i chwyciłam szklankę.
Zamoczyłam wargi i szczęśliwym trafem stwierdziłam, że to sok jabłkowy. Mój ulubiony.
Odstawiłam ją na biurko i wyjęłam książkę. Otworzyłam ją na stronię, którą aktualnie przerabialiśmy. Marcel cały czas stał nad mną jakby na coś czekał. Spojrzałam na niego, przyglądał mi się.
-Co ci jest.? –spytałam trochę skrępowana.
-Czy mógłbym t-tu usiąść.? –wskazał na miejsce obok mnie.
-Jasne…- zdziwiło mnie jego zachowanie. –To chyba twoje łóżko.
Marcel usiadł obok mnie i od razu przeszedł do rzeczy. Spytał w czym mam problem, ale to była matematyka, z czym ja tam nie mam problemu.?! Zaczęliśmy od podstaw. Kazał mi otworzyć na algebrze. Próbowałam to znaleźć, ale przyznam szczerze, nie za bardzo orientowałam się w podręczniku. Chłopak przewinął mi do szukanej strony.
            Nie wiem czy się nie przewidziałam, ale chyba miał tatuaż na nadgarstku i to nie jeden. Oszalałam. Przecież taki kujonem jak on nigdy w życiu nie zrobił by sobie tatuażu. Wygoniłam myśli z głowy i zabraliśmy się za pracę. Nie było to takie trudne jak myślałam. Dostałam od niego jeszcze parę zadań i nasza „współpraca” dobiegła końca. Spakowałam się i już chciałam wyjść, ale jego mama stanęłam mi w drzwiach.
-Dzieci, przyniosłam wam kolację. –oznajmiła wesołym tonem
-Dziękuje, ale ja już wychodzę.
-Oj, zjesz. To nie zajmie długo.
Kobieta podała mi talerz jak i Marcelowi. Ponownie musiałam zająć miejsce obok niego. Zwykle nie jadam kolacji, ale mogę zrobić wyjątek. Na szczęście była to pizza. Z tego co zauważyłam, domowej roboty. Jedliśmy ją w ciszy. Bardzo mi zasmakowała. Spojrzałam na talerz Marcela, bo chciałam sprawdzić czy ma mniej czy więcej, tak by nie wyjść na jakiegoś wygłodniałego potwora. Miał tyle samo co ja, ale nie to zwróciło moją uwagę. Znów w oczy rzuciły mi się czarne plamki. Tym razem zauważyłam jakiś napis. Ciekawość nie dała mi spokoju. Odsunęłam jego rękaw i moim oczom ukazało się kilka tatuaży.
            Chłopak speszył się trochę i szybko wyrwał swoją rękę. Marcel Styles, ten poniżany przez wszystkich uczniów kujonem z pierwszej ławki ma tatuaże.?! Może mi się to przyśniło. Na pewno nie. Przecież kiedy brałam prysznic o mało nie poparzyłam się gorącą wodą.
-Przepraszam. –wydusiłam.
-Ni-nic się nie stało.
-Dobra, ale czego ja jeszcze o tobie nie wiem.?
-Ale co byś chciała wiedzieć.?
-Nie wiem. –wzruszyłam ramionami - Dowiedziałam się, że masz tatuaże, więc już nic mnie nie zaskoczy.
-Lubię koty i nawet mam jednego.
Nie koniecznie takich rzeczy chciałam się dowiedzieć, ale jeżeli już się rozkręcił i zaczął o nim opowiadać to czemu nie. Nawet się trochę pośmiałam kiedy szukając go pośliznął się na dopiero co umytej podłodze w korytarzu i wywalił. Po tym jak się trochę opanowałam próbowałam mu pomóc. Był od mnie cięższy i to spowodowało, że również ja straciłam równowagę i wylądowałam głową prosto na jego brzuchu. Cała się trzęsłam, bo nie mogłam opanować śmiechu. Marcel też zaczął się śmiać co było do niego nie podobne.
-To twoja wina. –uśmiechnęłam się do niego kiedy w końcu wstaliśmy.
-Tak, oczywiście, zrzuć wszystko na mnie. To ja byłem tak uprzejmy, że chciałem ci pokazać swojego kota i na dodatek zamortyzowałem twój wypadek swoim ciałem.
            Jak na Marcela to była bardzo długa wypowiedź, a ten się nawet nie zająknął. W końcu się od stresował. Nie wiedziałam, że w jego towarzystwie choć raz się uśmiechnę. Mój pobyt u niego trochę się przedłużył i wyszłam dopiero po dwudziestej. Umówiliśmy się na korepetycję na jutro. On miał przyjść do mnie. Musiałam odwołać kilka spraw, ale chodziło o moją „naukę”. Chyba go polubię.




-----> cz.2

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz