niedziela, 24 listopada 2013

#2 Louis Tomlinson cz.2


Powiem szczerze, że nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Myślałam raczej, że do końca będziemy się kłócić. Zgody nie brałam pod uwagę. Teraz będzie tylko lepiej.
Dobrze, że sobie wszystko wytłumaczyliśmy,  bo pomoc Louisa była nieoceniona. Pomógł mi rozpracować ich prysznic. Nie wiem po co były te wszystkie przyciski. Wystarczyłyby co najwyżej dwa korki. Po prysznicu położyłam się w swoim łóżku. Obiecałam swojej przyjaciółce, że opowiem jaki jest mój nowy dom. Poznałyśmy się już w domu dla dziecka, ale ona została adoptowana wcześniej, ale obiecałyśmy sobie, że zachowamy kontakty i tak się stało. Niestety ona zamieszkała gdzieś na północy Anglii, a ja pojechałam do Doncaster. Wybrałam numer, nie musiałam długo czekać, bo Laura odebrała po chwili. Oczywiście zdałam jej cały raport, chciałam też opowiedzieć o Lou, ale chłopak szybciej wyszedł z łazienki.
-Z kim rozmawiałaś.?
-Z koleżanką. Znam ją jeszcze z domu dziecka.
Louis położył się do swojego łóżka i rzucił we mnie jakimś pluszakiem. Był to słodki, ciemnobrązowy misiek, ubrany w biały szaliczek.
-Przytul go, będzie ci raźniej.
-Dziękuje. W ogóle ile ty masz lat, że masz takiego misia.?
-Dziewiętnaście, ale ja nadal nie wiem ile ty masz lat.
-Piętnaście
Na chwilę zapadła między nami cisza. Nie wiedziałam nad czym myśli, ale wolałam mu tego nie przerywać. Chciał coś powiedzieć, ale zamknął usta. Widocznie nie był pewny nad tym czy to co chce powiedzieć ma jakiś sens.
-Od dziecka mieszkałaś w tym domu.? -w końcu zdobył się na odwagę i wypowiedział to jedno zdanie.
-Tak, całe dwanaście lat w czwórkę w jednym pokoju -uśmiechnęłam się delikatnie żeby rozładować poważną atmosferę.
Tego wieczoru nie wymieniliśmy już żadnego zdania. Szybko zasnęłam. Jeszcze nigdzie nie było mi tak dobrze jak w tamtym łóżku. Obudziłam się dopiero około jedenastej. Na prawdę długo spałam, ale nikt mnie nie obudził. Zapewne przegapiłam śniadanie. Powoli zwlekłam się z łóżka. Jakie szczęście, że są wakacje. Nie miałam siły lecieć do szkoły lub poznawać w niej nowych kolegów. Poszłam do łazienki wziąć prysznic i ogarnąć się trochę. Zaplotłam. swoje włosy z kłosa i założyłam na siebie kwiecistą sukienkę, ponieważ widać było, że jest wysoka temperatura. Chciałam zejść na dół, ale w oczy rzucił mi się Louis. Malował ścianę w jednym z pokoi. Postanowiłam się z nim przywitać. Stanęłam w progu, bo bałam się, że coś mi po brudzi sukienkę. Chłopak ubrany był w białe ogrodniczki i szarą koszulkę. Wyglądał jak prawdziwy malarz, nie licząc czapki z gazety, dzięki której wyglądał jak słodki chłopczyk w wieku co najmniej dziewięciu lat.
-Jak się spało.? -uprzedził mnie
-Świetnie. -przeciągnęłam się wesoła. -Co robisz.?
-Maluję ci pokój. 
-Poczekaj, pomogę ci -zaproponowałam
-Nie,  ty idź na dół i zjedz śniadanie -powiedział wesoło. -Zaraz kończę.  Później będziesz musiała mi pomóc
Teraz dopiero widać, że to wesoły chłopak. Widocznie nie polubił mnie na początku, ale teraz będzie już dobrze.  Zeszłam na dół gdzie czekało już na mnie śniadanie. W domu dziecka już dawno byłoby zjedzone, a tu czekał na mnie cały talerz naleśników. Państwa Tomlinson już dawno nie było, tak jak ich córek, widocznie pojechali do pracy, a dziewczynki pewnie poszły do dziadków. Louis skończył bardzo szybko, przyszedł do kuchni. Nalał sobie soku i wypił wszystko duszkiem.
-Soku.? -spytał podsuwając mi karton soku pomarańczowego pod nos.
-Nie dziękuje.
-Wstydzisz się.? -chłopak chwycił czystą szklankę i nalał mi do niej soku. -Nie musisz to także twój dom.
-Nie wstydzę się.
Jego niebiesko-szare tęczówki spojrzały na mnie, a ja czułam jak miękną mi kolana. Działał na mnie jak jeszcze nikt. Przyjemne gorąco rozlało mi się w brzuchu. Szkarłat rozlał się po moich policzkach.
-Przecież widzę. -przejechał kciukiem po moim rozgrzanym policzku. -Aż parzy. -roześmiał się.
Odwróciłam od niego wzrok i utkwiłam go w podłodze. Chyba zauważył, że się kręppuje, bo odsunął się od mnie i zaczął grzebać coś w szufladzie. Wyciągnął z nich parę rękawiczek i mi je podał
-Po co mi je.?
-Idziesz mi pomóc wyrwać chwasty w ogrodzie. Nie martw się tylko trochę.
Tak jak mówił Louis, nie było tego dużo. Zaledwie kilka listków wystawało poza ziemię. Uporaliśmy się z tym bardzo szybko. Zdążyliśmy jeszcze przed powrotem dziewczynek. Jeśli się nie mylę to ich imiona brzmiały: Lottie, Fizzy, Phobe i Daisy, ale nie jestem pewna. Znacznie łatwiej zapamiętać imię Louis. Ich rodzice przyszli dopiero o piętnastej. Pan Tomlinson skończył wcześniej prace żeby oprowadzić mnie po Doncaster. Najpierw zjedliśmy obiad, a później mieliśmy wyjść. Czekałam przy drzwiach na resztę, ale zjawił się tylko Louis.
-A oni nie idą.? -zdziwiłam się
-Nie, pójdziemy we dwójkę. -uśmiechnął się i chwycił swoją dżinsową kurtkę. -Nie przeszkadza ci to.? -spytał ciągnąc mnie za rękę na dwór.
Najpierw pokazał mi park. Mieścił się tam ogromny staw, po, którym pływały cztery kaczki, jedna duża i trzy małe. Siedziałam na pomoście obserwując ich śmieszne wybryki. Loui zniknął mi gdzieś z oczu, ale na razie się tym nie przejmowałam, bo zajęta byłam obserwowaniem pierzastych. kolegów.
-Dzień dobry -usłyszałam jego melodyjny głos.
Odwróciłam się do niego i uśmiechnęłam się widząc w jakim jest stanie. We włosach wplątane były małe suche gałązki i jakieś listki, do koszuli przyczepione były źdźbła trawy i kawałki cierni. W jego lewej dłoni spokojnie leżała czerwona róża.
-Pięknu kwiatek dla pięknej pani. -przyklęknął przy mnie i wręczył mi kwiatek.
-Dziękuje, ale...
-Żadnych ale. -przerwał mi. -Wiesz co ja musiałem przejść żeby zdobyć tego kwiatka.?
-Właśnie widzę. -roześmiałam się wyciągając mu gałązkę z jego włosów. 
Chłopak usiadł obok mnie i tak samo jak ja zaczął patrzeć na staw. Nie wiem ile tam siedzieliśmy, ale zaczęło grzmieć, później lać. Rozpętała się straszliwa burza. Jedynym naszym wyjściem było ją przeczekać. Loui pociągnął nas w stronę małej altanki. Schowaliśmy się pod stołem żeby uniknąć pojedynczych kropel, które przedostawały się do środka. Temperatura szybko spadła i przeszył mnie okropny chłód. Louis chwycił mnie w talii i przyciągnął mnie do siebie
-Co ty byś bez mnie zrobiła.? -zaśmiał się okrywając mnie swoją kurtką.
Nie odpowiedziałam tylko mocniej wtuliłam się w jego gorące ciało. Był jak przenośny grzejnik. Oparł się brodą o moją głowę i mocniej przytulił.
-Lubię burzę, ale jak jestem w domu. -mruknęłam kierując na niego wzrok
-Czy ja wiem. Tu też jest mi dobrze.
Jego uśmiech sprawił, że zrobiło mi się gorąco. Był na prawdę blisko. Jego nos otarł się o mój by później jego wargi musnęły delikatnie moje usta. Nie wiem kiedy to się stało, ale jego dłoń ujęła mój policzek, a druga wylądowała na mojej talii przyciągając mnie do siebie bliżej. To było tak cudownie niepoprawne. Moje palce wplotły się w jego miękkie włosy. Przez chwilę miałam nadzieje, że to będzie trwać wiecznie, później wróciło mi zdrowe myślenie.
-Loui...
-Louis -poprawił mnie
-Przepraszam, ale...
-Nie szkodzi. -po raz kolejny mi przerwał. -To słodkie.

-My nie możemy. 

#5 Louis Tomlinson cz.1

UWAGA.! W poniższym opowiadaniu One Direction nie istnieje.


Chwyciłam jedną ze swoich walizek i weszłam do dość dużego domu. Pani Brown, pomogła mi z resztą bagażu. Niepewnie przeszłam kilka kroków by odstawić swoje rzeczy przy sofie. Dwoje uśmiechniętych ludzi powitało mnie wesołym spojrzeniem, po chwili z góry zbiegły cztery małe dziewczynki. Nie do końca były znów takie małe, jedna z nich mogła mieć nawet piętnaście lat. Mężczyzna zajął się moim bagażem, a kobieta poszła wraz z panią Brown do kuchni. Pani Tomlinson musiała podpisać jakiś papier i wypełnić jakieś luki, otrzymała także moje dokumenty, paszport, książeczka zdrowia. itp. Pani Brown musiała już jechać, bo czekała na nią praca. Oczywiście pobiegłam się z nią pożegnać, złapałam ją akurat kiedy zapalała silnik swojego starego Forda.
-Dlaczego nie mogę wrócić z tobą.? - spytałam z nadzieją
-(t.i.) - westchnęła- Rozmawiałyśmy o tym. Nie chcesz mieć rodziny, mamy, taty.? Tu ci będzie lepiej.
Nie dała mi możliwości odpowiedzi, odjechała tak po prostu zostawiając mnie w zupełnie nieznanym miejscu u kompletnie nieznanych osób. Nie chciałam tu być. Niby dla dziecka z takiego otoczenia jak ja to dobrze trafić do takiego domu jak ten. Kochająca się rodzina, spokojne otoczenie, wspaniała szkoła i grzeczne rodzeństwo. Spędziłam w domu dziecka prawie całe swoje życie, nie wyobrażam sobie teraz mojego życia. W tamtej instytucji zostawiłam wszystko, przyjaciół, szkołę i te miłe panie opiekunki, o których przywykłam mówić "rodzina". Tu nie mam nikogo.
Niepewnie weszłam do mojego nowego domu. Mężczyzna, do którego mam teraz mówić tato, zaprowadził mnie do mojego tymczasowego pokoju. Ten, w którym miałam zamieszkać na stałe był jeszcze w remoncie. Po przekroczeniu progu zauważyłam, że dzielę z kimś pokój. Był to chłopak w wieku około dwudziestu lat. Leżał na jednym z dwóch łóżek i grzebał coś w telefonie. Przywitałam się z nim nieśmiało, ale nie otrzymałam odpowiedzi. Mężczyzna skarcił go za to mówiąc, że jest arogancki, ale to najwyraźniej go tylko zirytowało, bo opuścił pokój.
-Przepraszam za niego,  ale liczył bardziej na brata, a wiesz..
-Rozumiem. -przerwałam mu
-Tak więc, rozgość się. Do tamtej szafy możesz się rozpakować, a za dwie godziny kolacja. -oświadczył cały czas się uśmiechając -Słyszeliśmy, że lubisz owsiankę.
-Tak, bardzo.
Mężczyzna opuścił pokój, a ja zabrałam się za rozpakowywanie. Były to trzy duże walizki, więc zajęło mi to sporo czasu. Na szafkę nocną postawiłam jedyne zdjęcie rodziców. Tylko to mi po nich zostało, pochodzili z Polski, wiem o nich tylko to. Byłam łudząco podobna do mamy, długie blond włosy, delikatne rysy twarzy i kruche ciało, po tacie miałam jedynie zielone oczy. Fotografia przedstawiała ich kiedy wybrali się na wycieczkę do Francji. Oboje mocno mnie przytulali. To właśnie wtedy widziałam ich po raz ostatni, musiałam zgubić się w tłumie, a ktoś najpewniej wywiózł mnie do Anglii. Bardzo cieszę się, że tu trafiałam. Lepszego domu dziecka nie mogłam sobie wyobrazić.
-(t.i.), kolacja czeka. -zawołała mnie jedna z moich nowych siostrzyczek.
Niechętne zeszłam na dół i usiadłam przy stole. Kobieta podała mi miseczkę z kotkiem, do której nałożyła sporą ilość owsianki. Ona chyba myślą, że jestem jakimś niedokarmionym dzieckiem. Jak dla mnie wystarczyłoby pół tej porcji. Chłopak, z którym dzieliłam pokój pojawił się po chwili.
-To moje miejsce -warknął
-Louis, usiądź obok Lottie. -jego mama wskazała na miejsce obok
Oczywiście mogłam się przesiąść, ale mężczyzna mnie zatrzymał odsuwając miejsce obok jego siostry. Chwyciłam szklankę z sokiem i umoczyłam wargi, kiedy poczułam jak braknie mi podparcia. Poleciałam na podłogę. Pech chciał, że pociągnęłam za sobą obrus i cała miseczka z kolacją wylądowała na mnie, szklanka z sokiem potłukła się, raniąc mnie w dłoń. Syknęłam z bólu. Państwo Tomlinson zerwali się z miejsca, szybko pomogli mi wstać. Kobieta owinęła mi szybko czymś dłoń, bo krew kapała na podłogę. Nie obyło się bez wizyty w pobliskiej klinice. Doktor wyjął kawałki pobitego szkła i opatrzył mi dłoń. Kiedy wróciliśmy pan Tomlinson głośno krzyczał na Louisa, dziewczynki siedziały cichutko na sofie przyglądając się zdarzeniu.
-Przeproś ją teraz.!
-Nie mam zamiaru -prychnął.
-Nie trzeba- przerwałam im -Już mi nic nie jest.
Chłopak bez słowa ruszył na górę. Zrobiłam to samo. Było mi go szkoda. Ja sama bym nie chciała gdyby moi rodzice adoptowali nowe dziecko i skupili na nim całą uwagę. Zapukałam do drzwi, chociaż to był również mój pokój.
-Proszę.
Weszłam do środka i stanęłam przy nim. Siedział na podłodze przy łóżku i tępo patrzył na psa śpiącego pod biurkiem. Przykucnęłam przy szatynie i próbowałam coś powiedzieć, ale za każdym razem zamykałam usta. Nie mogłam się wysłowić, kiedy w końcu ułożyłam to sobie w głowie to on mi przerwał
-Cieszysz się.? -spytał z niewyraźnym uśmiechem.
-Z czego.? -zdziwiłam się, bo te pytanie nie miało w ogóle sensu. Skaleczona dłoń nie jest znowu taka miła.
-Jesteś ich pupilkiem. Fajnie nie.?
-Nie musisz być na mnie zły ja..
-Nie muszę być zły.? -przerwał mi -Ukradłaś mi rodziców, pokój i jeszcze miejsca przy stole. Nawet kawałek pokoju musiałem ci oddać.
-Przepraszam.
-Przepraszam tu nie wystarczy -burknął -Zabrałaś mi nawet mamę. Nie mówię o ojcu, bo ten ma mnie dosłownie gdzieś, a ten na dole to tylko jakaś marna podróbka, która na siłę próbuje mi zastąpić tatę. Mama jako jedyna mnie rozumiała, a teraz pewnie myśli żeby się mnie pozbyć.  -w jego niebiesko-szarych oczach pojawiły się kryształowo czyste łzy, które spłynęły po policzku. Pod wpływem złości chwycił zdjęcie, które stało na biurku i rzucił je o ścianę, a ramka roztrzaskała się na milion kawałków wraz z moim sercem.
Otarł je rękawem, ale kolejne zajęły ich miejsce. Schował twarz w dłoniach. Było mu na pewno ciężko, brakowało mu taty, a teraz przyszłam jeszcze ja i zupełnie o nim zapomnieli, ale jestem pewna, że kochają go nad życie.
-Wiesz jak to jest nie mieć taty.? Jak byłem mały to zawsze mi go brakowało, zawsze chciałem żeby zagrał ze mną choć raz w piłkę, ale on założył rodzinę i o mnie zapomniał.
-Ty przynajmniej miałeś mamę i swojego ojczyma. Ja od trzeciego roku mieszkałam w domu dziecka. Ja nawet nie pamiętam swojego taty. -podniosłam z ziemi fotografie i otrzepałam ją z kawałków rozsypanej ramki. -To była jedyna rzecz, która mi po nich została.
Louis spojrzał na mnie. Może zrozumiał, że ma na prawdę dobrze. Każdy jeden, który mieszkał ze mną w domu dziecka oddałby za to wszystko.
-Przepraszam. -słowo spokojnie opuściło jego usta. Jednak jego głos załamał się na końcu.
-Nie szkodzi.
Usiadłam na swoim łóżku. Oczywiście mogłam powiedzieć mu, że nie ma serca i takie tam, ale przecież byłoby to głupie. Przez następne lata będziemy mieszkali w jednym domu. Całe życie będziemy się kłócić.?
-Jest już dobrze, prawda.?
-Tak. Lepiej się pogodzić. -uśmiechnęłam się do niego co on odwzajemnił. -Obiecuje, że już nigdy nie zajmę ci twojego miejsca

-Obiecuje, że już nigdy nie rozleje ci owsianki. 

niedziela, 17 listopada 2013

#4 Louis cz.1

Mój pierwszy dzień w nowej szkole. Nowe miejsce, nowe perspektywy. Właśnie niedawno przeprowadziliśmy się z rodziną do Doncaster. Tata dostał nową propozycje pracy, a mama ofertę założenia nowego salonu fryzjerskiego.  Miałam szczęście, że wszystko przypadło na koniec roku szkolnego, a do nowej klasy mogłam dołączyć w nowym roku.
            Przekroczyłam próg budynku i od razu powitała mnie wysoka brunetka. Przedstawiła się jako przewodnicząca szkoły. Oprowadziła mnie po klasach. Pokazała co i jak. Była naprawdę miła i szybko się dogadałyśmy, dlatego na kolejnych przerwach towarzyszyła mi krok w krok. Była właśnie trzecia lekcja. Nauczyciel po dopiero sprawdzał obecność.
-Tomlinson. –burknął swoim basowym głosem- Tomlinson- powtórzył głośniej z nieukrywanym gniewem w głosie.
Mężczyzna zaznaczył coś w dzienniku po czym podszedł do tablicy i zaczął tłumaczyć nowy temat. Zapisałam go szybko w zeszycie i uważnie przysłuchiwałam się jego tłumaczeniom. Chciałam tu wypaść jak najlepiej. W końcu to nowa szkoła i mogę zacząć od zera. Drzwi od klasy gwałtownie się otworzyły. Do środka wszedł jakiś chłopak. Zamknął za sobą drzwi i zajął miejsce w ostatniej ławce. Rozłożył się w krześle i bez zainteresowania wgapiał się w tablicę.
-Mógłbyś się chociaż przywitać.
-Dzień Dobry –odpowiedział od niechcenia.
-Gdybyś nie zauważył do klasy dołączyła nowa uczennica. –Pan prowent wskazał na moją osobę swoim długopisem –Byłbyś tak uprzejmy i jakoś się z nią zapoznał.
            Jego wzrok utkwił na mnie. Speszyłam się i szybko odwróciłam. Widziałam przez sekundę jego uśmieszek. Widocznie chłopak przyzwyczaił się do tego wszystkiego i nawet nauczyciel nie miał na niego sił.
-Niech się pan nie martwi. Chętnie się z nią jakoś bliżej zapoznam.
            Szczerze mówiąc zaintrygował mnie. Jego tęczówki były niebieskie z lekkim odcieniem szarości. Grzywka ułożona była jakby rozwiał ją wiatr, co było praktycznie nie możliwe, ponieważ dzień był naprawdę piękny i nie zakłócały go żadne przewiewy. Zauważyłam też spory tatuaż na ręce. Gdyby nauczyciel nie zwrócił jego uwagi na mnie może zilustrowałabym więcej detali. Minęło piętnaście minut, a dzwonek oznajmił przerwę
Otworzyłam swoją szafkę i zaczęłam wkładać do niej książki. Kiedy każda była już na swoim miejscu zamknęłam metalowe drzwiczki. Wzdrygnęłam się kiedy zobaczyłam postać, która była schowana za nimi. Chłopak zbliżył się i nawinął sobie mój kosmyk na palec.
-Nie bój się mała. Nie ugryzę. – uśmiechnął się uwodzicielsko –Masz jakieś plany na wieczór.? Może wyskoczylibyśmy na lody. –zaakcentował ostatnie słowo
-Nie dziękuję. –pod wpływem jego osoby załamywał mi się głos.
-Próbujesz być niedostępna.?
Szatyn przeszywająco spojrzał na mnie swoimi niebiesko-szarymi tęczówkami. Kolana się pod mną ugięły. Przełknęłam ślinę i odwróciłam wzrok. Usłyszałam jego cichy śmiech. Podszedł jeszcze bliżej. Czułam jego oddech na swojej twarzy.
-To jak.? Może teraz.? Truskawkowe czy śmietankowe.?
-Nie mam ochoty na lody.-powiedziałam cicho
            Nie odpowiedział tylko uniósł mój podbródek tak bym mogła na niego spojrzeć. To chyba nie było dla niego często spotykane. Dziewczyna, która odmawia takiemu przystojniakowi, ale co poradzę, że mam już plan.? Niby jedziemy do przyjaciół rodziców i nie mam ochoty opiekować się ich trzyletnim synkiem, ale wypad z Louisem nie wywoływał u mnie pozytywnych myśli.
-Wiem, że na mnie lecisz. Widzę to w twoich oczach. –uniósł kącik ust i przejechał kciukiem po moim policzku.
-Jesteś bezczelny.
-Ostatni raz pytam. Idziemy.?
-Nie dziękuje.
            Widać, że moja odpowiedź zdenerwowała go lekko. Zarzucił swój workowaty plecak na ramię i odszedł do grupki przyglądających się znajomych. Chyba każda dziewczyna marzy żeby jakoś się z nim spotkać. Najwyraźniej z tego korzystał, bo już na pierwszej przerwie zauważyłam, że biegają przy nim jak służące. Chłopak był przystojny i to bardzo. Przyznam, że i mnie tym oczarował, ale mam na tyle zdrowego rozsądku żeby mu odmówić. Jak na razie…
Kolejna lekcja minęła powolnie. Znudziła mnie prawdę mówiąc. Zadzwonił dzwonek, a ja radośnie wyszłam z klasy. Juliett miała teraz jakieś spotkanie rady uczniowskiej, więc na najbliższej przerwie będę sama. Usiadłam na ławce przy klasie i wyciągnęłam moją ulubioną książkę. Zaczęłam ją czytać, ale nagle coś zasłoniło mi światło i teraz lekki cień padł na litery. Uniosłam głowę do góry. Jakaś grupka stała nad mną, ale zajmowała się sobą. Nie wiedziałam, że ludzie mogą być aż tak podli. Cała szkoła wolna, ale oni muszą stać przy mnie. Zamknęłam lekturę i oddaliłam się gdzieś w głąb budynku. Usłyszałam wołanie mojej koleżanki, więc szybko odwróciłam się w jej stronę. Uśmiechnęłam się tylko, bo poczułam ostre pchnięcie. Straciłam równowagę i upadłam na ziemię. Moja biała koszulka była cała w czarnej kawie. Teraz zorientowałam się, że nie wpadłam na jedną osobę, ale na dwie. Z jednej strony Tomlinson próbował zakryć swój uśmiech, ale słabo mu to wychodziło, z drugiej zdenerwowany dyrektor. Uniosłam się szybko i chciałam jakoś tłumaczyć.
-Louis. –wrzasnął.
            Chłopak wyprostował się i nadal cicho chichocząc podszedł do mężczyzny. Widać było, że nie za bardzo przejmuje się jego osobą. Nie budzi w nim żadnego autorytetu. Groźne spojrzenie powędrowało również na mnie.
-Ty i panna [t.i] zostaniecie po lekcjach i wysprzątacie hol.
-Ja.?! –zdziwił się sprawca. –to ona na pana wpadła.
-To był przypadek, on mnie popchnął i… –próbowałam się bronić.
-Przypadek.?! A kto mi mówił, że tego „starego dziada trzeba ukarać” za to, że dał ci szafkę obok Candy.?
-Nic takiego nie mówiłam.
Louis, był co najmniej bezczelny. To on mnie pchnął, teraz próbuje wymigać się od kary. Nowa szkoła, a ten musiał narobić mi kłopotów. Od razu widzę, że nasza znajomość nie będzie przyjemna.
-Ja nic…
-Dość –przerwał nam ostry bas –Obaj zostajecie.
Otyły mężczyzna ruszył w stronę sekretariatu wycierając swój garnitur.
            Byłam zdenerwowana jak nigdy. Pierwszy tydzień, a ja już zaliczyłam wpadkę i to jeszcze nie z mojej winy. Zaraz chyba zabije tego kolesia. Gdyby mnie nie popchnął wszystko było by dobrze. Jedyny plus to, to, że mu też się dostało. Najgorszy minus, że będę musiała z nim tam siedzieć. Podeszłam do niego i spojrzałam w roześmiane oczy.
-Jesteś idiotą, wiesz.?! –wrzasnęłam nie mogąc nic innego z siebie wydusić.
-Wiem kochanie, ale za to mnie kochasz. –oznajmił pocierają zewnętrzną stroną dłoni mój policzek.
-Przestań –warknęłam i strzepnęłam jego dłoń.
-Nie denerwuj się –powiedział z takim spokojem, że robiłam się bardziej wściekła –Widocznie przeznaczone nam było wyjść gdzieś razem. Tylko, że posiedzimy sobie tutaj. Jak dla mnie może być.

-Nie.!- krzyknęłam i oddaliłam się w głąb szkoły.