Powiem szczerze, że nie spodziewałam się takiego obrotu
spraw. Myślałam raczej, że do końca będziemy się kłócić. Zgody nie brałam pod
uwagę. Teraz będzie tylko lepiej.
Dobrze, że sobie wszystko wytłumaczyliśmy, bo pomoc Louisa była nieoceniona. Pomógł mi
rozpracować ich prysznic. Nie wiem po co były te wszystkie przyciski.
Wystarczyłyby co najwyżej dwa korki. Po prysznicu położyłam się w swoim łóżku.
Obiecałam swojej przyjaciółce, że opowiem jaki jest mój nowy dom. Poznałyśmy
się już w domu dla dziecka, ale ona została adoptowana wcześniej, ale
obiecałyśmy sobie, że zachowamy kontakty i tak się stało. Niestety ona
zamieszkała gdzieś na północy Anglii, a ja pojechałam do Doncaster. Wybrałam
numer, nie musiałam długo czekać, bo Laura odebrała po chwili. Oczywiście
zdałam jej cały raport, chciałam też opowiedzieć o Lou, ale chłopak szybciej
wyszedł z łazienki.
-Z kim rozmawiałaś.?
-Z koleżanką. Znam ją jeszcze z domu dziecka.
Louis położył się do swojego łóżka i rzucił we mnie jakimś
pluszakiem. Był to słodki, ciemnobrązowy misiek, ubrany w biały szaliczek.
-Przytul go, będzie ci raźniej.
-Dziękuje. W ogóle ile ty masz lat, że masz takiego misia.?
-Dziewiętnaście, ale ja nadal nie wiem ile ty masz lat.
-Piętnaście
Na chwilę zapadła między nami cisza. Nie wiedziałam nad czym
myśli, ale wolałam mu tego nie przerywać. Chciał coś powiedzieć, ale zamknął
usta. Widocznie nie był pewny nad tym czy to co chce powiedzieć ma jakiś sens.
-Od dziecka mieszkałaś w tym domu.? -w końcu zdobył się na
odwagę i wypowiedział to jedno zdanie.
-Tak, całe dwanaście lat w czwórkę w jednym pokoju
-uśmiechnęłam się delikatnie żeby rozładować poważną atmosferę.
Tego wieczoru nie wymieniliśmy już żadnego zdania. Szybko
zasnęłam. Jeszcze nigdzie nie było mi tak dobrze jak w tamtym łóżku. Obudziłam
się dopiero około jedenastej. Na prawdę długo spałam, ale nikt mnie nie
obudził. Zapewne przegapiłam śniadanie. Powoli zwlekłam się z łóżka. Jakie
szczęście, że są wakacje. Nie miałam siły lecieć do szkoły lub poznawać w niej
nowych kolegów. Poszłam do łazienki wziąć prysznic i ogarnąć się trochę.
Zaplotłam. swoje włosy z kłosa i założyłam na siebie kwiecistą sukienkę,
ponieważ widać było, że jest wysoka temperatura. Chciałam zejść na dół, ale w
oczy rzucił mi się Louis. Malował ścianę w jednym z pokoi. Postanowiłam się z
nim przywitać. Stanęłam w progu, bo bałam się, że coś mi po brudzi sukienkę.
Chłopak ubrany był w białe ogrodniczki i szarą koszulkę. Wyglądał jak prawdziwy
malarz, nie licząc czapki z gazety, dzięki której wyglądał jak słodki chłopczyk
w wieku co najmniej dziewięciu lat.
-Jak się spało.? -uprzedził mnie
-Świetnie. -przeciągnęłam się wesoła. -Co robisz.?
-Maluję ci pokój.
-Poczekaj, pomogę ci -zaproponowałam
-Nie, ty idź na dół i
zjedz śniadanie -powiedział wesoło. -Zaraz kończę. Później będziesz musiała mi pomóc
Teraz dopiero widać, że to wesoły chłopak. Widocznie nie
polubił mnie na początku, ale teraz będzie już dobrze. Zeszłam na dół gdzie czekało już na mnie śniadanie.
W domu dziecka już dawno byłoby zjedzone, a tu czekał na mnie cały talerz
naleśników. Państwa Tomlinson już dawno nie było, tak jak ich córek, widocznie
pojechali do pracy, a dziewczynki pewnie poszły do dziadków. Louis skończył
bardzo szybko, przyszedł do kuchni. Nalał sobie soku i wypił wszystko duszkiem.
-Soku.? -spytał podsuwając mi karton soku pomarańczowego pod
nos.
-Nie dziękuje.
-Wstydzisz się.? -chłopak chwycił czystą szklankę i nalał mi
do niej soku. -Nie musisz to także twój dom.
-Nie wstydzę się.
Jego niebiesko-szare tęczówki spojrzały na mnie, a ja czułam
jak miękną mi kolana. Działał na mnie jak jeszcze nikt. Przyjemne gorąco
rozlało mi się w brzuchu. Szkarłat rozlał się po moich policzkach.
-Przecież widzę. -przejechał kciukiem po moim rozgrzanym
policzku. -Aż parzy. -roześmiał się.
Odwróciłam od niego wzrok i utkwiłam go w podłodze. Chyba
zauważył, że się kręppuje, bo odsunął się od mnie i zaczął grzebać coś w
szufladzie. Wyciągnął z nich parę rękawiczek i mi je podał
-Po co mi je.?
-Idziesz mi pomóc wyrwać chwasty w ogrodzie. Nie martw się
tylko trochę.
Tak jak mówił Louis, nie było tego dużo. Zaledwie kilka
listków wystawało poza ziemię. Uporaliśmy się z tym bardzo szybko. Zdążyliśmy
jeszcze przed powrotem dziewczynek. Jeśli się nie mylę to ich imiona brzmiały:
Lottie, Fizzy, Phobe i Daisy, ale nie jestem pewna. Znacznie łatwiej zapamiętać
imię Louis. Ich rodzice przyszli dopiero o piętnastej. Pan Tomlinson skończył
wcześniej prace żeby oprowadzić mnie po Doncaster. Najpierw zjedliśmy obiad, a
później mieliśmy wyjść. Czekałam przy drzwiach na resztę, ale zjawił się tylko
Louis.
-A oni nie idą.? -zdziwiłam się
-Nie, pójdziemy we dwójkę. -uśmiechnął się i chwycił swoją
dżinsową kurtkę. -Nie przeszkadza ci to.? -spytał ciągnąc mnie za rękę na dwór.
Najpierw pokazał mi park. Mieścił się tam ogromny staw, po,
którym pływały cztery kaczki, jedna duża i trzy małe. Siedziałam na pomoście
obserwując ich śmieszne wybryki. Loui zniknął mi gdzieś z oczu, ale na razie
się tym nie przejmowałam, bo zajęta byłam obserwowaniem pierzastych. kolegów.
-Dzień dobry -usłyszałam jego melodyjny głos.
Odwróciłam się do niego i uśmiechnęłam się widząc w jakim
jest stanie. We włosach wplątane były małe suche gałązki i jakieś listki, do
koszuli przyczepione były źdźbła trawy i kawałki cierni. W jego lewej dłoni
spokojnie leżała czerwona róża.
-Pięknu kwiatek dla pięknej pani. -przyklęknął przy mnie i
wręczył mi kwiatek.
-Dziękuje, ale...
-Żadnych ale. -przerwał mi. -Wiesz co ja musiałem przejść
żeby zdobyć tego kwiatka.?
-Właśnie widzę. -roześmiałam się wyciągając mu gałązkę z
jego włosów.
Chłopak usiadł obok mnie i tak samo jak ja zaczął patrzeć na
staw. Nie wiem ile tam siedzieliśmy, ale zaczęło grzmieć, później lać.
Rozpętała się straszliwa burza. Jedynym naszym wyjściem było ją przeczekać.
Loui pociągnął nas w stronę małej altanki. Schowaliśmy się pod stołem żeby
uniknąć pojedynczych kropel, które przedostawały się do środka. Temperatura
szybko spadła i przeszył mnie okropny chłód. Louis chwycił mnie w talii i
przyciągnął mnie do siebie
-Co ty byś bez mnie zrobiła.? -zaśmiał się okrywając mnie
swoją kurtką.
Nie odpowiedziałam tylko mocniej wtuliłam się w jego gorące
ciało. Był jak przenośny grzejnik. Oparł się brodą o moją głowę i mocniej
przytulił.
-Lubię burzę, ale jak jestem w domu. -mruknęłam kierując na
niego wzrok
-Czy ja wiem. Tu też jest mi dobrze.
Jego uśmiech sprawił, że zrobiło mi się gorąco. Był na
prawdę blisko. Jego nos otarł się o mój by później jego wargi musnęły
delikatnie moje usta. Nie wiem kiedy to się stało, ale jego dłoń ujęła mój
policzek, a druga wylądowała na mojej talii przyciągając mnie do siebie bliżej.
To było tak cudownie niepoprawne. Moje palce wplotły się w jego miękkie włosy.
Przez chwilę miałam nadzieje, że to będzie trwać wiecznie, później wróciło mi zdrowe
myślenie.
-Loui...
-Louis -poprawił mnie
-Przepraszam, ale...
-Nie szkodzi. -po raz kolejny mi przerwał. -To słodkie.
-My nie możemy.