środa, 9 października 2013

#2 Harry Styles cz.2


           Wybiegłem z Sali za moją uczennicą. Jak mogłem być tak głupi i rzucić taki tekst. Zachowałem się jak jakiś idiota, ale ona jest taka ładna. Myślałem, że wszyscy chłopacy w szkolę za nią biegają i, że już to robiła. Bądź, co bądź ma już szesnaście lat… niedługo siedemnaście.
-Ej, zaczekaj.! –wołałem bez skutku. –[t.i].!!!
Usłyszałem dzwonek. Klasa rzuciła się do wyjścia. Spakowałem swoje rzeczy i chwyciłem aktówkę. Dziewczyna skierowała się na podwórko szkolne gdzie można było przejść podczas przerw. W tłumię jednak zgubiłem jej sylwetkę. Stałem na przy wejściu i jak idiota rozglądałem się po podwórku. Zero śladu. Cofnąłem się zrezygnowany do budynku.
***Nazajutrz.
            Wszedłem do pokoju nauczycielskiego, który o tej porze jak zwykle był pusty. Odstawiłem swoją aktówkę na krzesło i ruszyłem w stronę korytarza. Musiałem przeprosić tą dziewczynę, przecież niczym nie zasłużyła sobie na takie traktowanie. Kupiłem jej nawet mały bukiet złożony z pięciu czerwonych jak jej usta róż. I znów przyłapałem się na fantazjowaniu o niej. Myślałem jakby to było gdybym mógł ją pocałować, dotknąć, ale nie mogę.  Dziewczyna siedziała przed klasą 101 gdzie odbywała się matematyka. Szybkim krokiem skierowałem się w jej stronę. Blondynka zorientowała się, że idą do niej. Zerwała się z podłogi i wręcz zaczęła uciekać przy czym jej loki zaczęły tak zabawnie podskakiwać. Szybko ją dogoniłem i złapałem za rękę obracając w swoją stronę. Jej wzrok mnie sparaliżował. Jej oczy błyszczały wyrażając tyle na raz poprzez ból i złość do rozczarowania. Stałem tak chwilkę wpatrując się w jej pełne zieleni kocie oczy.
-Przepraszam za wczoraj. –tylko tyle udało mi się wydusić. Wyciągnąłem w jej stronę bukiecik i uśmiechnąłem się szeroko w nadziei, że dziewczyna zapomni o wczorajszym incydencie. Na moje szczęście przymknęła powieki i ponownie szeroko je otworzyła z radością w oczach. Ułożyłem w jej dłoni, delikatnie kwiaty i zacisnąłem jej palce tak aby się nie pokuła.
-Zapomnijmy o tym. –ukazała mi rząd swoich białych perełek.
Skinąłem głową i oddaliłem się po usłyszeniu dzwonka.
***oczami [i.t]
            Właśnie wychodziłam z klasy od biologii, która była moją ostatnią lekcją. Szłam u boku mojej najlepszej przyjaciółki Elizabeth. Dziewczyna cały czas wpatrywała się we mnie z uśmiechem, który próbowała ukryć. Nie wytrzymałam. Zawszę byłam ciekawska, a ona doprowadzała mnie do szału.
-O co ci chodzi.?! –wrzasnęłam kiedy już znaleźliśmy się poza terenem szkoły.
-Nie udawaj, ze nie wiesz. –burknęła pod nosem i odwróciła wzrok.
Miałam ochotę ją w tej chwili ukatrupić. Gdybym wiedziała to bym się jej chyba nie pytała. Przybliżyłam się do niej delikatnie szarpnęłam za jej rękaw.
-No mów.
-No o ciebie i Pana Stylesa… -uśmiechnęła się zadziornie
Szturchnęłam ją w ramie gdyż właśnie Pan Styles, o którym była mowa stał przy swoim aucie z telefonem. Rozmawiał z kimś. Elizabeth krzyknęła mu na pożegnanie „Do Jutra” jednak ja nie chciałam mu przeszkadzać. Mężczyzna odwrócił się w naszym kierunku, a ja odwróciłam wzrok. Później usłyszałam warkot silnika. Złapałam Elizabeth za skrawek koszulki i przyśpieszyłam tępo. Kiedy w końcu zniknęłyśmy z pola widzenia mężczyzny puściłam ją i teraz szłam spokojnie.
-Pomachał mi, widziałaś.? –Elizabeth podniecała się tym jakby to było nie wiadomo co.
-Co ty się tym tak ekscytujesz.?
-A zapomniałam. Nie mam u niego szans… za to ty…-wskazała na róże, które trzymałam w ręku.
            Schowałam  go za siebie i dałam jej kuksańca w bok. Szczerze mówiąc. Nie wiem co te wszystkie dziewczyny widziały w tym idiocie. Jest on kolejnym facetem, który myśli, że dzięki swojej urodzie może zrobić wszystko. To, że tał mi kwiaty na przeprosiny nie oznacza, że zapomniałam o tej całej sprawię.
-Kolejny idiota. W tej szkole to i tak nie robi różnicy. –burknęłam pod nosem.
-Przestań.! Widziałaś jakie to ciacho i ten tors.!
-Ta specjalnie rozpiął sobie kilka guzików żeby takie małolaty jak my się nim podniecały.
-Lili, jak zawsze masz jakieś problemy
Nie miałam z nim żadnego problemu po za tym, ze był chamski i zgrywał macho. Nie lubiłam takich mężczyzn. Niby są najlepsi, przelecą każdą dziewczynę, a jak przyjdzie co do czego to uciekają.
            Szłyśmy dalej. Na szczęście El zmieniła temat. Nie musiałam już słuchać o tym jaki on jest „sexy”. Teraz rozmawiałyśmy o szkole, przyszłej kartkówce, ocenach… nic szczególnego. Zauważyłam, ze jeden z samochodów zatrzymał się koło nas.
-Może podwieźć.?
Dobrze wiedziałam do kogo należał ten głos. Idiota nie dawał o sobie zapomnieć. Temat zmieniłyśmy, a on musi się pojawiać.! Jak na Elizabeth przystało zgodziła się bez wahania. Ja wiedziałam co odpowiem. „Nie” i gdyby nie moja przyjaciółka postawiłabym na swoim.
-Lili, usiądź do przodu. Nie będziecie się tam obie gnieść.
Wykonałam jego polecenie choć z niechęcią. Gnieść.?! Była tam tylko El i jego aktówka, a ja chyba taka gruba jeszcze nie jestem. Pierwsza do domu dotarła Elizabeth. Mieszkała ona bliżej szkoły niż ja. Zawsze jej tego zazdrościłam. Nie musiała wlec się codziennie taką drogą, a dziś to już szczególnie.
-Do jutra. –pożegnał się ze mną kiedy wysiadałam.
-Do jutra. –odpowiedziałam niechętnie.
***Jakiś czas później.
            Siedziałam właśnie w kuchni. Czekałam na moją mamę Oczywiście wywiadówka. Z nerwów i strachu posprzątałam każdy skrawek domu. Nie szło mi zbyt dobrze jeśli chodzi o matematykę. Zawsze byłam w tym słaba. Usłyszałam dźwięk zatrzaskiwanych drzwi. Wyszłam z kuchni i od razu napotkałam rozwścieczoną twarz mojej mamy.
-Co to jest.?!- warknęła pokazując mi moje oceny.
Moim oczom ukazał się rządek czerwonych ocen, a dokładnie jedynek. Z czego.? Z matematyki oczywiście.!
-Mamo…
-Żadne Mamo.!- wrzasnęła –Pierwsze miesiące szkoły, a ty mi takie coś odwalasz i jeszcze ta ucieczka w poniedziałek.!
No tak. Mówiłam Elizabeth, że to zły pomysł, ale ona jak zawsze musiała mnie przekonać. Miała do tego nadzwyczajny dar. Nie mogłam jej odmówić.
-Jutro nie idziesz na żadną imprezę. Pójdziesz sobie na korepetycję. –oznajmiła mi
-Korepetycję.? –zdziwiłam się
Przecież nigdy nie chodziłam na korepetycję. Pamiętałabym to chyba.
-Tak. Jeden z twoich nauczycieli zgodził się cię douczać.
            Ruszyłam pokornie do swojego pokoju. Korepetycję… może mi pomogę. Nie, przecież dla mnie nie ma już żadnej nadziei. Nawet jakieś tam douczania mi nie pomogą. Jestem w tym po prostu za cienka. Jeśli ktoś nie chce nie powinien na to chodzić. Ułatwiło by to życie wielu nastolatką, a tym czasem oni nas tym dręczą.
            Mama jak obiecała tak zrobiła. Nazajutrz podwiozła mnie pod dom mojego nowego korepetytora. Dom był jak każdy inny. Ogród był zadbany. Widać, że ten ktoś miał naprawdę „ciekawe” życie, albo zatrudniał ogrodnika. Ja bym nigdy nie znalazła czasu na dbanie o taką liczbę roślin. Zapukałam do drzwi. Właściciel nie dał na siebie długo czekać. Usłyszałam kroki i po chwili klamka opadła w dół.
-Dzień Dobry. –przywitał mnie radosny głos mojego nauczyciela. –Zapraszam.
Pan Styles…mogłam się domyślić. Żaden inny nauczyciel nie wziąłby sobie na głowę nastolatki. Tylko on. Jeśli myśli, że choć jeden z tych jego rąbniętych planów się uda to się myli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz