niedziela, 24 listopada 2013

#5 Louis Tomlinson cz.1

UWAGA.! W poniższym opowiadaniu One Direction nie istnieje.


Chwyciłam jedną ze swoich walizek i weszłam do dość dużego domu. Pani Brown, pomogła mi z resztą bagażu. Niepewnie przeszłam kilka kroków by odstawić swoje rzeczy przy sofie. Dwoje uśmiechniętych ludzi powitało mnie wesołym spojrzeniem, po chwili z góry zbiegły cztery małe dziewczynki. Nie do końca były znów takie małe, jedna z nich mogła mieć nawet piętnaście lat. Mężczyzna zajął się moim bagażem, a kobieta poszła wraz z panią Brown do kuchni. Pani Tomlinson musiała podpisać jakiś papier i wypełnić jakieś luki, otrzymała także moje dokumenty, paszport, książeczka zdrowia. itp. Pani Brown musiała już jechać, bo czekała na nią praca. Oczywiście pobiegłam się z nią pożegnać, złapałam ją akurat kiedy zapalała silnik swojego starego Forda.
-Dlaczego nie mogę wrócić z tobą.? - spytałam z nadzieją
-(t.i.) - westchnęła- Rozmawiałyśmy o tym. Nie chcesz mieć rodziny, mamy, taty.? Tu ci będzie lepiej.
Nie dała mi możliwości odpowiedzi, odjechała tak po prostu zostawiając mnie w zupełnie nieznanym miejscu u kompletnie nieznanych osób. Nie chciałam tu być. Niby dla dziecka z takiego otoczenia jak ja to dobrze trafić do takiego domu jak ten. Kochająca się rodzina, spokojne otoczenie, wspaniała szkoła i grzeczne rodzeństwo. Spędziłam w domu dziecka prawie całe swoje życie, nie wyobrażam sobie teraz mojego życia. W tamtej instytucji zostawiłam wszystko, przyjaciół, szkołę i te miłe panie opiekunki, o których przywykłam mówić "rodzina". Tu nie mam nikogo.
Niepewnie weszłam do mojego nowego domu. Mężczyzna, do którego mam teraz mówić tato, zaprowadził mnie do mojego tymczasowego pokoju. Ten, w którym miałam zamieszkać na stałe był jeszcze w remoncie. Po przekroczeniu progu zauważyłam, że dzielę z kimś pokój. Był to chłopak w wieku około dwudziestu lat. Leżał na jednym z dwóch łóżek i grzebał coś w telefonie. Przywitałam się z nim nieśmiało, ale nie otrzymałam odpowiedzi. Mężczyzna skarcił go za to mówiąc, że jest arogancki, ale to najwyraźniej go tylko zirytowało, bo opuścił pokój.
-Przepraszam za niego,  ale liczył bardziej na brata, a wiesz..
-Rozumiem. -przerwałam mu
-Tak więc, rozgość się. Do tamtej szafy możesz się rozpakować, a za dwie godziny kolacja. -oświadczył cały czas się uśmiechając -Słyszeliśmy, że lubisz owsiankę.
-Tak, bardzo.
Mężczyzna opuścił pokój, a ja zabrałam się za rozpakowywanie. Były to trzy duże walizki, więc zajęło mi to sporo czasu. Na szafkę nocną postawiłam jedyne zdjęcie rodziców. Tylko to mi po nich zostało, pochodzili z Polski, wiem o nich tylko to. Byłam łudząco podobna do mamy, długie blond włosy, delikatne rysy twarzy i kruche ciało, po tacie miałam jedynie zielone oczy. Fotografia przedstawiała ich kiedy wybrali się na wycieczkę do Francji. Oboje mocno mnie przytulali. To właśnie wtedy widziałam ich po raz ostatni, musiałam zgubić się w tłumie, a ktoś najpewniej wywiózł mnie do Anglii. Bardzo cieszę się, że tu trafiałam. Lepszego domu dziecka nie mogłam sobie wyobrazić.
-(t.i.), kolacja czeka. -zawołała mnie jedna z moich nowych siostrzyczek.
Niechętne zeszłam na dół i usiadłam przy stole. Kobieta podała mi miseczkę z kotkiem, do której nałożyła sporą ilość owsianki. Ona chyba myślą, że jestem jakimś niedokarmionym dzieckiem. Jak dla mnie wystarczyłoby pół tej porcji. Chłopak, z którym dzieliłam pokój pojawił się po chwili.
-To moje miejsce -warknął
-Louis, usiądź obok Lottie. -jego mama wskazała na miejsce obok
Oczywiście mogłam się przesiąść, ale mężczyzna mnie zatrzymał odsuwając miejsce obok jego siostry. Chwyciłam szklankę z sokiem i umoczyłam wargi, kiedy poczułam jak braknie mi podparcia. Poleciałam na podłogę. Pech chciał, że pociągnęłam za sobą obrus i cała miseczka z kolacją wylądowała na mnie, szklanka z sokiem potłukła się, raniąc mnie w dłoń. Syknęłam z bólu. Państwo Tomlinson zerwali się z miejsca, szybko pomogli mi wstać. Kobieta owinęła mi szybko czymś dłoń, bo krew kapała na podłogę. Nie obyło się bez wizyty w pobliskiej klinice. Doktor wyjął kawałki pobitego szkła i opatrzył mi dłoń. Kiedy wróciliśmy pan Tomlinson głośno krzyczał na Louisa, dziewczynki siedziały cichutko na sofie przyglądając się zdarzeniu.
-Przeproś ją teraz.!
-Nie mam zamiaru -prychnął.
-Nie trzeba- przerwałam im -Już mi nic nie jest.
Chłopak bez słowa ruszył na górę. Zrobiłam to samo. Było mi go szkoda. Ja sama bym nie chciała gdyby moi rodzice adoptowali nowe dziecko i skupili na nim całą uwagę. Zapukałam do drzwi, chociaż to był również mój pokój.
-Proszę.
Weszłam do środka i stanęłam przy nim. Siedział na podłodze przy łóżku i tępo patrzył na psa śpiącego pod biurkiem. Przykucnęłam przy szatynie i próbowałam coś powiedzieć, ale za każdym razem zamykałam usta. Nie mogłam się wysłowić, kiedy w końcu ułożyłam to sobie w głowie to on mi przerwał
-Cieszysz się.? -spytał z niewyraźnym uśmiechem.
-Z czego.? -zdziwiłam się, bo te pytanie nie miało w ogóle sensu. Skaleczona dłoń nie jest znowu taka miła.
-Jesteś ich pupilkiem. Fajnie nie.?
-Nie musisz być na mnie zły ja..
-Nie muszę być zły.? -przerwał mi -Ukradłaś mi rodziców, pokój i jeszcze miejsca przy stole. Nawet kawałek pokoju musiałem ci oddać.
-Przepraszam.
-Przepraszam tu nie wystarczy -burknął -Zabrałaś mi nawet mamę. Nie mówię o ojcu, bo ten ma mnie dosłownie gdzieś, a ten na dole to tylko jakaś marna podróbka, która na siłę próbuje mi zastąpić tatę. Mama jako jedyna mnie rozumiała, a teraz pewnie myśli żeby się mnie pozbyć.  -w jego niebiesko-szarych oczach pojawiły się kryształowo czyste łzy, które spłynęły po policzku. Pod wpływem złości chwycił zdjęcie, które stało na biurku i rzucił je o ścianę, a ramka roztrzaskała się na milion kawałków wraz z moim sercem.
Otarł je rękawem, ale kolejne zajęły ich miejsce. Schował twarz w dłoniach. Było mu na pewno ciężko, brakowało mu taty, a teraz przyszłam jeszcze ja i zupełnie o nim zapomnieli, ale jestem pewna, że kochają go nad życie.
-Wiesz jak to jest nie mieć taty.? Jak byłem mały to zawsze mi go brakowało, zawsze chciałem żeby zagrał ze mną choć raz w piłkę, ale on założył rodzinę i o mnie zapomniał.
-Ty przynajmniej miałeś mamę i swojego ojczyma. Ja od trzeciego roku mieszkałam w domu dziecka. Ja nawet nie pamiętam swojego taty. -podniosłam z ziemi fotografie i otrzepałam ją z kawałków rozsypanej ramki. -To była jedyna rzecz, która mi po nich została.
Louis spojrzał na mnie. Może zrozumiał, że ma na prawdę dobrze. Każdy jeden, który mieszkał ze mną w domu dziecka oddałby za to wszystko.
-Przepraszam. -słowo spokojnie opuściło jego usta. Jednak jego głos załamał się na końcu.
-Nie szkodzi.
Usiadłam na swoim łóżku. Oczywiście mogłam powiedzieć mu, że nie ma serca i takie tam, ale przecież byłoby to głupie. Przez następne lata będziemy mieszkali w jednym domu. Całe życie będziemy się kłócić.?
-Jest już dobrze, prawda.?
-Tak. Lepiej się pogodzić. -uśmiechnęłam się do niego co on odwzajemnił. -Obiecuje, że już nigdy nie zajmę ci twojego miejsca

-Obiecuje, że już nigdy nie rozleje ci owsianki. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz